20.05.2026, 14:55 ✶
Wbrew solennemu postanowieniu, że nie będę wspierał darmozjadów, wyciągnąłem z kieszeni cztery błyszczące sykle, obracając je przez moment w skostniałych od zimna palcach - wbrew sprawianym pozorom nie byłem zupełnym skurwysynem i egoistą, miałem świadomość, że niedawno zaistniałe okoliczności spowodowały, iż wielu całkiem normalnych, ciężko pracujących ludzi z dnia na dzień skończyło bez dachu nad głową i nie wszyscy z nich mieli ten przywilej, by zatrzymać się gdzieś indziej, więc chyba mogłem zrobić odstępstwo od reguły… Mężczyzna naprawdę nie wyglądał dobrze, potwornie kaszlał i krztusił się własnymi wydzielinami, co może nie było zbyt przyjemnym widokiem, lecz zdecydowanie uruchomiło moje ludzkie odruchy - byłem gotowy rozstać się z monetami, ale zanim zdążyłem upuścić je do blaszanego kubka, którym potrząsał bezdomny, drzwi klubkawiarni za moimi plevami uchyliły się z skrzypnięciem. Ciepły blask i głos Nory sprawiły, że zamarłem z ręką zawieszoną w powietrzu. Zerknąłem na nią, słysząc jej słowa, które - chociaż wypowiedziane szeptem - podziałały na mnie lepiej niż lodowaty prysznic. Obrzydzenie, które poczułem chwilę wcześniej momentalnie wymieszało się z czystą, racjonalną irytacją. Spojrzałem z powrotem na żebraka, tym razem jednak bardziej badawczo, dostrzegając na jego brudnej szacie ledwo widoczne w mroku, świeże tłuste plamy stanowiące niewątpliwy ślad po całkiem sycących i kalorycznych cukierniczych wyrobach, jakie przed momentem deklarował jako nieobecne w jego żołądku. Kłamstwo miało tu wyjątkowo krótkie i krzywe nogi, trzęsące się niemal tak samo jak kubek w jego rękach, którym ponownie brzęknął, chrząkając znacząco - bezczelność tego człowieka zaczynała przekraczać granice mojej, i tak mocno nadszarpniętej dzisiejszym dniem, praktycznie nieistniejącej cierpliwości a monety trzymane w dłoni nagle wydały mi się dziwnie ciężkie, więc cofnąłem je z powrotem do kieszeni…
- „Kilka pączków”, mówisz? - Powtórzyłem za Eleonorą, w przeciwieństwie do mojej lepiej wychowanek koleżanki, celowo nie zniżając głosu na tyle, by tamten nie mógł mnie usłyszeć. Spojrzenie, którym teraz zmierzyłem nędzarza, straciło resztki początkowej litości. A więc pączki i drobne? I to całkiem niedawno? Moje zdegustowanie momentalnie wzięło górę nad zniecierpliwieniem - nic tak nie drażniło mnie po ciężkim dniu pracy jak bezczelny, żerujący na ludzkiej empatii teatrzyk kogoś, kto z dużym prawdopodobieństwem nigdy nie skalał sobie rąk niczym przydatnym.
Mężczyzna drgnął, najwyraźniej nabierając zorientowania w sytuacji, i przez moment pod głębokim kapturem, w dotychczas zamglonych oczach, dostrzegłem błysk złości, który zupełnie nie pasował do roli schorowanego nieszczęśnika. Cofnął się o krok, prawie wysypując zawartość kubka - brzęk knutów w naczyniu zabrzmiał nagle wyjątkowo fałszywie - nie musiałem nawet dysponować wyjątkowo dobrym słuchem, by wyłapać, iż zaklął do siebie cicho pod nosem, mrucząc coś o „nowobogackich sknerach z Pokątnej”, po czym odwrócił się na pięcie i szybkim, zadziwiająco sprawnym jak na starca krokiem, ruszył w kierunku bocznej, pogrążonej w mroku alejki. Kuśtykając teatralnie co któryś ruch, zaczął szybko wtapiać się w gęstniejącą, mlecznolodowatą mgłę. Odprowadziłem go wzrokiem, dopóki całkowicie nie zniknął z pola widzenia, po czym na nowo odwróciłem się do Nory, tym razem już całkowicie. Odetchnąłem z ulgą, puszczając rękojeść różdżki i zrobiłem dwa szybkie kroki, przekraczając próg kawiarni.
- Dzięki. - Odezwałem się do kobiety, niechętnie uświadamiając sobie, że gdyby nie ona, zdecydowanie dałbym się oskubać jak kompletny naiwniak.
- „Kilka pączków”, mówisz? - Powtórzyłem za Eleonorą, w przeciwieństwie do mojej lepiej wychowanek koleżanki, celowo nie zniżając głosu na tyle, by tamten nie mógł mnie usłyszeć. Spojrzenie, którym teraz zmierzyłem nędzarza, straciło resztki początkowej litości. A więc pączki i drobne? I to całkiem niedawno? Moje zdegustowanie momentalnie wzięło górę nad zniecierpliwieniem - nic tak nie drażniło mnie po ciężkim dniu pracy jak bezczelny, żerujący na ludzkiej empatii teatrzyk kogoś, kto z dużym prawdopodobieństwem nigdy nie skalał sobie rąk niczym przydatnym.
Mężczyzna drgnął, najwyraźniej nabierając zorientowania w sytuacji, i przez moment pod głębokim kapturem, w dotychczas zamglonych oczach, dostrzegłem błysk złości, który zupełnie nie pasował do roli schorowanego nieszczęśnika. Cofnął się o krok, prawie wysypując zawartość kubka - brzęk knutów w naczyniu zabrzmiał nagle wyjątkowo fałszywie - nie musiałem nawet dysponować wyjątkowo dobrym słuchem, by wyłapać, iż zaklął do siebie cicho pod nosem, mrucząc coś o „nowobogackich sknerach z Pokątnej”, po czym odwrócił się na pięcie i szybkim, zadziwiająco sprawnym jak na starca krokiem, ruszył w kierunku bocznej, pogrążonej w mroku alejki. Kuśtykając teatralnie co któryś ruch, zaczął szybko wtapiać się w gęstniejącą, mlecznolodowatą mgłę. Odprowadziłem go wzrokiem, dopóki całkowicie nie zniknął z pola widzenia, po czym na nowo odwróciłem się do Nory, tym razem już całkowicie. Odetchnąłem z ulgą, puszczając rękojeść różdżki i zrobiłem dwa szybkie kroki, przekraczając próg kawiarni.
- Dzięki. - Odezwałem się do kobiety, niechętnie uświadamiając sobie, że gdyby nie ona, zdecydowanie dałbym się oskubać jak kompletny naiwniak.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)