21.05.2026, 06:32 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 21.05.2026, 06:33 przez Vakel Dolohov.)
Ciężko było śnić lekko i dobrze w świecie tak pełnym ponurych scenariuszy, kiedy ci ich druga osoba, nawet mimo pieszczotliwych wyznań i miłosnych deklaracji nie mogła strzepać z ramion tak, jak się dało zmyć brud i popiół z fasady Horyzontalnej 14. W takich momentach Dolohov spodziewał się po sobie dużej dramaturgii ukrytej za delikatnym uśmiechem, zza którego nikt niczego dostrzec nie potrafił, bo się zdążył nauczyć tak dobrego maskowania, żeby on sam przestał widzieć na własne oczy jakże smutnym był człowiekiem.
Ale teraz nie musiał niczego udawać. Tak mu się przynajmniej wydawało.
To miejsce świeciło pustką – nic mu też głowy nie męczyło, bo tak – ich wspólne rozmowy stawały się powoli czymś więcej, niż wymianą słów i myśli. Trudno było zaprzeczyć temu, że Peregrinus był mężczyzną mądrym, a jego mądrość błyszczała mu niczym w większości oszlifowany już diament – to czyniło go godnym partnerem każdej właściwie dyskusji jakiej mogliby się podjąć, jako partnerzy i jako tęgie głowy stojące wobec siebie w jakiejś opozycji, ale nie o to do końca mu chodziło, kiedy myślał o rozpalaniu go słowem. Chodziło o te chwile, kiedy Peregrinus coś mówił, a jemu nagle wydawało się, że dusza może się stopić i pierwszy raz nie brzmiało to tak, jakby samego siebie oddawał w ręce szaleństwa, skąd nie było już drogi, z której dało się zawrócić. Dusza mogła się przy nim stopić i nie oznaczało to nagle zagubienia na ścieżce realiów ani utraty żadnego z obranych wcześniej celów…
Oznaczało to zrozumienie. Łagodność spojrzenia kierującego się ku niebu i drżenie serca, kiedy Peregrinus wracał nim do jego oczu i nie mógł nie zastanawiać się, czy tak jak ten księżyc posiadał w sercu młodszego wieszcza cechy boskości.
Dostrzegał, jak pusta to była skorupa? Że pod tą fasadą wielkiego, potężnego uczonego znajdował się człowiek, po prostu człowiek – z całym tym swoim paskudztwem, ogromem wad, obrzydliwymi myślami, błędami, stosem cierpienia, tchórzostwem… Nienawidził tak o sobie mówić i myśleć, a jednak chociaż jedna osoba, przy której nie musiał udawać bycia ideału z odpowiedziami na wszystkie pytania i… nie musiał czuć się tak, jakby musiał wyrywać sobie uwagę i szacunek z rąk kogoś, dla kogo był wskazówką na niebie, a nie czymś codziennym, czymś… co było tak po prostu i znajdowało się obok, a nie nad głowami wszystkich.
Kiedyś jego blask zblednie. Kiedyś się zestarzeje. Kiedyś te wszystkie twarze wpatrujące się w niego od lat znikną – co mu wtedy zostanie?
Dolohov ujął jego dłoń, ale na twarz wypełzło mu coś innego niż wcześniejsza zaduma. Zaczepny uśmiech, rzadki do ujrzenia, kiedy był w swoich działaniach bardziej szczery niż nieszczery.
– Chociaż tą? Peregrinusie, to niebo jest mi bliższe niż większość rodziny. Zdążyłem już obiecać, że uczynię cię jego częścią.
Spróbował nadać tej scenie rytmu. Poprowadzić ich ruchy tak, żeby wraz z nimi w głowie pojawiła się muzyka, za którą mogliby podążyć. Prawda była jednak taka, że i on wybitnym tancerzem z pewnością nie był. Wszystko co robił podczas przyjęć składało się na minimum udawania, że wie co robi i szklaneczkę ginu. Połączył ich więc na moment szereg koślawych kroków, przy końcu nieco pospiesznych i panicznych, bo to Dolohov pierwszy ten rytm zgubił, a zaraz po tym skradł mu pocałunek, po którym gwałtownie odsunął się na krok, przenosząc spojrzenie na taflę wody. Wiedział, że nie musiał nic mówić, bo Trelawney czuł to samo.
Minęło ledwie kilka sekund, a na szlaku porzuconym za ich plecami pojawiła się gromada mugolskich nastolatków robiących spore zamieszanie. Żaden z nich nie zaczepił dwójki starszych mężczyzn wpatrujących się w wodę, ale oczywistym też było, że nikt nie uznał ich za ciekawych i wartych skomentowania właśnie przez ten krok dystansu.
– Wydaje mi się – zaczął, kiedy śmiechy z tła przycichły – że nastaną jeszcze kiedyś w Brytanii czasy, kiedy to nie będzie miało znaczenia. Ktoś odkopie nasze zdjęcia i będzie się śmiał z naiwności ludzi zeszłego wieku. – Dmuchnął sobie w grzywkę, żeby odsłonić oczy.
Ale teraz nie musiał niczego udawać. Tak mu się przynajmniej wydawało.
To miejsce świeciło pustką – nic mu też głowy nie męczyło, bo tak – ich wspólne rozmowy stawały się powoli czymś więcej, niż wymianą słów i myśli. Trudno było zaprzeczyć temu, że Peregrinus był mężczyzną mądrym, a jego mądrość błyszczała mu niczym w większości oszlifowany już diament – to czyniło go godnym partnerem każdej właściwie dyskusji jakiej mogliby się podjąć, jako partnerzy i jako tęgie głowy stojące wobec siebie w jakiejś opozycji, ale nie o to do końca mu chodziło, kiedy myślał o rozpalaniu go słowem. Chodziło o te chwile, kiedy Peregrinus coś mówił, a jemu nagle wydawało się, że dusza może się stopić i pierwszy raz nie brzmiało to tak, jakby samego siebie oddawał w ręce szaleństwa, skąd nie było już drogi, z której dało się zawrócić. Dusza mogła się przy nim stopić i nie oznaczało to nagle zagubienia na ścieżce realiów ani utraty żadnego z obranych wcześniej celów…
Oznaczało to zrozumienie. Łagodność spojrzenia kierującego się ku niebu i drżenie serca, kiedy Peregrinus wracał nim do jego oczu i nie mógł nie zastanawiać się, czy tak jak ten księżyc posiadał w sercu młodszego wieszcza cechy boskości.
Dostrzegał, jak pusta to była skorupa? Że pod tą fasadą wielkiego, potężnego uczonego znajdował się człowiek, po prostu człowiek – z całym tym swoim paskudztwem, ogromem wad, obrzydliwymi myślami, błędami, stosem cierpienia, tchórzostwem… Nienawidził tak o sobie mówić i myśleć, a jednak chociaż jedna osoba, przy której nie musiał udawać bycia ideału z odpowiedziami na wszystkie pytania i… nie musiał czuć się tak, jakby musiał wyrywać sobie uwagę i szacunek z rąk kogoś, dla kogo był wskazówką na niebie, a nie czymś codziennym, czymś… co było tak po prostu i znajdowało się obok, a nie nad głowami wszystkich.
Kiedyś jego blask zblednie. Kiedyś się zestarzeje. Kiedyś te wszystkie twarze wpatrujące się w niego od lat znikną – co mu wtedy zostanie?
Dolohov ujął jego dłoń, ale na twarz wypełzło mu coś innego niż wcześniejsza zaduma. Zaczepny uśmiech, rzadki do ujrzenia, kiedy był w swoich działaniach bardziej szczery niż nieszczery.
– Chociaż tą? Peregrinusie, to niebo jest mi bliższe niż większość rodziny. Zdążyłem już obiecać, że uczynię cię jego częścią.
Spróbował nadać tej scenie rytmu. Poprowadzić ich ruchy tak, żeby wraz z nimi w głowie pojawiła się muzyka, za którą mogliby podążyć. Prawda była jednak taka, że i on wybitnym tancerzem z pewnością nie był. Wszystko co robił podczas przyjęć składało się na minimum udawania, że wie co robi i szklaneczkę ginu. Połączył ich więc na moment szereg koślawych kroków, przy końcu nieco pospiesznych i panicznych, bo to Dolohov pierwszy ten rytm zgubił, a zaraz po tym skradł mu pocałunek, po którym gwałtownie odsunął się na krok, przenosząc spojrzenie na taflę wody. Wiedział, że nie musiał nic mówić, bo Trelawney czuł to samo.
Minęło ledwie kilka sekund, a na szlaku porzuconym za ich plecami pojawiła się gromada mugolskich nastolatków robiących spore zamieszanie. Żaden z nich nie zaczepił dwójki starszych mężczyzn wpatrujących się w wodę, ale oczywistym też było, że nikt nie uznał ich za ciekawych i wartych skomentowania właśnie przez ten krok dystansu.
– Wydaje mi się – zaczął, kiedy śmiechy z tła przycichły – że nastaną jeszcze kiedyś w Brytanii czasy, kiedy to nie będzie miało znaczenia. Ktoś odkopie nasze zdjęcia i będzie się śmiał z naiwności ludzi zeszłego wieku. – Dmuchnął sobie w grzywkę, żeby odsłonić oczy.
with all due respect, which is none