15.03.2023, 23:39 ✶
Nie umiała racjonalnie wytłumaczyć sobie swojej zauważalnej słabości względem Louvain Lestrange, który jako jedna z niewielu jednostek była w stanie ją gdziekolwiek wyciągnąć. Okres w pracy był intensywny, Lycoris wymagała od niej stawania na rzęsach i absolutnie perfekcji, a ojciec wciąż chodził niezadowolony z powodu nagłego zgonu jej potencjalnego męża — niech go trytony mają na wieki w opiece. I naprawdę powinna skupić się na rozwijaniu swoich talentów alchemicznych oraz tych związanych z nekromancją, zanim stary Flint przyprowadzi kolejnego idiotę, robiąc z niej krowę dojną. Jednak nie, Lou chciał wyjść i uparł się, że i tym razem musiała mu towarzyszyć, na co przystanęła ostatecznie z wywróceniem oczyma. Cynthia nie była osobą ciepłą i przyjemną, jej podejście do otaczającego ją świata jawiło się obojętnością i chłodem, nie interesowały ją sprawy innych. Umiała jednak nosić maski w sposób tak doskonały, że nikt nie zauważył, jeśli na to nie pozwalała. Kłamliwy, podły koroner.
Zawsze starała się wyglądać perfekcyjnie, co było spowodowane manią kontroli i pedantyzmem. Dopasowane i podkreślające każdy atut jej sylwetki stroje, wyuczone spojrzenia, które podkreślał odpowiedni makijaż i przybieranie postawy kobiety nieco głupszej i bardziej naiwnej, niż otaczający ją mężczyźni.. Jaki był skuteczniejszy sposób na sukces oraz zdobywanie informacji, niż łechtanie ego płci, która rzekomo rządziła światem? Westchnęła po rozejrzeniu się w lokalu, obdarzając go pociągłym spojrzeniem stalowych tęczówek — jeszcze nie komentowała tej speluny, którą wybrał jej towarzysz. Nadal nie umiała określić ich relacji, więc zwyczajnie była bezimienna, bezkształtna i rządziła się prawami, których nawet nie próbowała definiować. Nie była pewna, czy chodziło o to, że jej potrzebował, czy może o to, że to ona w jakiś nieodgadniony dla siebie sposób tkwiła przy nim, znosząc te wszystkie otaczające go rzeczy. Absolutnie nieznośne. Był popularny, był sportowcem i nie mogło chyba ich więcej dzielić. Nawet nie umiała dobrze latać na miotle, a Quidditcha oglądała ostatni raz w Hogwarcie. Spojrzenie na niego przez pryzmat tego, co osiągnął — czego oczywiście szczerze mu gratulowała, bo była zwolennikiem ciężkiej pracy i pasji w człowieku — było dla niej niemożliwe. Może powinna więcej interesować się światem? Szczupłą dłonią zgarnęła jasny kosmyk za ucho, unosząc brew. Przy nim pozwalała sobie na więcej swobody, maska zostawała w torebce. - Śmiem twierdzić, że niewiele miałeś randek pierwszych, które prowadziły do drugich lub trzecich.. - zauważyła z nutą zadziorności być może skradzioną, ale też dlatego, że Lestrange był niepoprawnym kobieciarzem, nieodpornym na urok osobisty i długie rzęsy. Nie był jednak stały. Jej palce zacisnęły się na kieliszku, a ona upiła łyka, czując wyrafinowany smak na podniebieniu. Nie mogła powstrzymać nawyku wyrobionego od najmłodszych lat, polegającego na obserwowaniu tego, co działo się dookoła. Całe szczęście, kobiety miały podzielność uwagi. Ona uciekła, więc musiała się napić. - Jest coś specjalnego w tej spelunie, że wybrałeś akurat to miejsce? - zapytała całkiem poważnie, ignorując spojrzenia lecące w ich kierunku. Gdy się z nim wychodziło, zwykle otrzymywała przynajmniej kilka takich, które wyrazem przypominały lecące, srebrne ostrza wywołane czystą zazdrością kobiet, które łaknęły życia, które mógł im dać. Była na tyle bezczelna, aby odwzajemniać je z góry, czasem z wyższością i potępieniem dla głupoty, a czasem z czystą dezaprobatą. Znali się na tyle, że swobodnie mógł jej zasugerować lub oznajmić, czego potrzebował. - Nigdy przenigdy nie byłam zakochana.
Chciał iść w tematy randkowo-miłosne? Proszę bardzo. Nie sięgnęła po kieliszek, sięgając jednak dłonią do swojej czarnej sukienki i wygładziła jej materiał, pozbywając się również kilku niewidzialnych pyłków. Gdy podniosła spojrzenie, dostrzegła pracownika Ministerstwa, Slughorna, który chyba był fanem uprawianego przez jej towarzysza sportu, bo zwykle mieli okazję wymienić z nim słówko lub dwa. Był znajomością opłacalną, więc posłała mężczyźnie krótki, figlarny uśmiech i kiwnęła głową na przywitanie, a ruch sprawił, że wiszące kolczyki zakołysały się w jej uszach. - Obrzydliwy człowiek. - mruknęła niemalże bezgłośnie, odwracając twarz i tym samym spojrzenie w stronę Lou.
Zawsze starała się wyglądać perfekcyjnie, co było spowodowane manią kontroli i pedantyzmem. Dopasowane i podkreślające każdy atut jej sylwetki stroje, wyuczone spojrzenia, które podkreślał odpowiedni makijaż i przybieranie postawy kobiety nieco głupszej i bardziej naiwnej, niż otaczający ją mężczyźni.. Jaki był skuteczniejszy sposób na sukces oraz zdobywanie informacji, niż łechtanie ego płci, która rzekomo rządziła światem? Westchnęła po rozejrzeniu się w lokalu, obdarzając go pociągłym spojrzeniem stalowych tęczówek — jeszcze nie komentowała tej speluny, którą wybrał jej towarzysz. Nadal nie umiała określić ich relacji, więc zwyczajnie była bezimienna, bezkształtna i rządziła się prawami, których nawet nie próbowała definiować. Nie była pewna, czy chodziło o to, że jej potrzebował, czy może o to, że to ona w jakiś nieodgadniony dla siebie sposób tkwiła przy nim, znosząc te wszystkie otaczające go rzeczy. Absolutnie nieznośne. Był popularny, był sportowcem i nie mogło chyba ich więcej dzielić. Nawet nie umiała dobrze latać na miotle, a Quidditcha oglądała ostatni raz w Hogwarcie. Spojrzenie na niego przez pryzmat tego, co osiągnął — czego oczywiście szczerze mu gratulowała, bo była zwolennikiem ciężkiej pracy i pasji w człowieku — było dla niej niemożliwe. Może powinna więcej interesować się światem? Szczupłą dłonią zgarnęła jasny kosmyk za ucho, unosząc brew. Przy nim pozwalała sobie na więcej swobody, maska zostawała w torebce. - Śmiem twierdzić, że niewiele miałeś randek pierwszych, które prowadziły do drugich lub trzecich.. - zauważyła z nutą zadziorności być może skradzioną, ale też dlatego, że Lestrange był niepoprawnym kobieciarzem, nieodpornym na urok osobisty i długie rzęsy. Nie był jednak stały. Jej palce zacisnęły się na kieliszku, a ona upiła łyka, czując wyrafinowany smak na podniebieniu. Nie mogła powstrzymać nawyku wyrobionego od najmłodszych lat, polegającego na obserwowaniu tego, co działo się dookoła. Całe szczęście, kobiety miały podzielność uwagi. Ona uciekła, więc musiała się napić. - Jest coś specjalnego w tej spelunie, że wybrałeś akurat to miejsce? - zapytała całkiem poważnie, ignorując spojrzenia lecące w ich kierunku. Gdy się z nim wychodziło, zwykle otrzymywała przynajmniej kilka takich, które wyrazem przypominały lecące, srebrne ostrza wywołane czystą zazdrością kobiet, które łaknęły życia, które mógł im dać. Była na tyle bezczelna, aby odwzajemniać je z góry, czasem z wyższością i potępieniem dla głupoty, a czasem z czystą dezaprobatą. Znali się na tyle, że swobodnie mógł jej zasugerować lub oznajmić, czego potrzebował. - Nigdy przenigdy nie byłam zakochana.
Chciał iść w tematy randkowo-miłosne? Proszę bardzo. Nie sięgnęła po kieliszek, sięgając jednak dłonią do swojej czarnej sukienki i wygładziła jej materiał, pozbywając się również kilku niewidzialnych pyłków. Gdy podniosła spojrzenie, dostrzegła pracownika Ministerstwa, Slughorna, który chyba był fanem uprawianego przez jej towarzysza sportu, bo zwykle mieli okazję wymienić z nim słówko lub dwa. Był znajomością opłacalną, więc posłała mężczyźnie krótki, figlarny uśmiech i kiwnęła głową na przywitanie, a ruch sprawił, że wiszące kolczyki zakołysały się w jej uszach. - Obrzydliwy człowiek. - mruknęła niemalże bezgłośnie, odwracając twarz i tym samym spojrzenie w stronę Lou.