23.05.2026, 17:40 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 23.05.2026, 20:20 przez Helloise Rowle.)
Seisyll przyszedł i przyłapał ją przy popełnionym błędzie. Gdy na tym samym błędzie przyłapał ją w nocy Alexander, niemal wydrapała mu oczy, lecz teraz, w odpowiedzi na głębokie westchnienie brata, Helloise tylko wzruszyła obojętnie ramionami i spuściła głowę nieco niżej. Kątem oka ledwie spojrzała na smoczognika, który rozwinął w chacie skrzydła; zatliła się w niej nuta obawy o jego bezpieczeństwo, ale szybko zgasła.
Trudno jej było sformułować odpowiedzi na pytania Seisylla, bo sama jeszcze nie miała czasu myśleć o tym, co się rzeczywiście stało. Zbyt wielka była Spalona Noc w jej głowie, zbyt zadymiona i tłoczna; nie zachęcała, aby do niej wracać. Z czarnej smolistej mgły wyłaniały się od czasu do czasu przypadkowe obrazy, lecz czarownica nie próbowała jeszcze przejść przez nie od początku do końca, wspomnienie po wspomnieniu.
Oparła się o ramię Seisylla, oddając mu część ciężaru własnej głowy, przez którą została występnie zdradzona. W palcach wciąż międliła bez sensu sznurki. Gdy roztrzaskała się powiązana tymi sznurkami obsesja, z którą Helloise żyła ciasno przez ostatnich kilka dni, garść ostrych okruchów wbiła się głęboko w umysł czarownicy. Wciąż drażniły, wciąż irytująco zwracały na siebie uwagę, mimo że kobieta wiedziała, że musi temat porzucić i ruszać dalej.
— Czym jest Emberfall? — zapytała, choć słowa były niemal przezroczyste. Nie wydawała się tym zainteresowana.
Przytaknęła tylko, gdy brat wspomniał o tym, że las przetrwał. Zorientowała się wówczas dopiero, jak mało widywała okolicę przez te ostatnie dni. Uświadomiła sobie, jak brakowało jej otwartej przestrzeni; pozwoliła się stłamsić ciasnym ścianom chaty.
— Chciałam, żeby to wszystko miało sens. — Ciężar tych słów kontrastował z rzuconym obojętnie pytaniem. Nastąpiła po nich dłuższa pauza, jakby to było tyle, to było wszystko. Chciała tylko znaleźć sens.
Każde kroki powinny dokądś prowadzić. Nawet jeśli ślady miałyby być tylko zapisem błądzenia, to zawsze błądziły z jakąś intencją. Nawet takie pozornie bezmyślne kroki coś ściągało w określoną stronę. Ślady klątwy powinny mieć sens, musiały mieć intencję. Helloise tę intencję przegapiła, ponieważ nie spodziewała się, że celem błotnistych odcisków ma być wyłącznie zakłócenie jej spokoju.
Co się stało?
Najtrudniej było wysupłać ten pierwszy moment, gdy sytuacja przerodziła się w oderwany od rzeczywistości koszmar.
— Przyszedł jakiś zamaskowany człowiek — zaczęła mówić powoli głosem odległym, zamyślonym; znów szła przez zasypane popiołem wrzosowisko. — Wtedy myślałam, że coś się w lesie wreszcie zmieni. Dlaczego Śmierciożerca miałby przyjść tu, jeśli nie po to, żeby wrócić do Kniei i coś w niej zmienić? Tutaj nie ma przecież wiele więcej. — Niewiele więcej: ot, mieścina gęsto zamieszkana przez czarodziejów, Warownia i inne istotne punkty na czarodziejskiej mapie. — Nie wiem, kto to był. Nic mi nie powiedział. Był ranny, więc wzięłam go do siebie. — Przechodząc przez kuchnię, Seisyll mógł widzieć krew wciąż szpecącą podłogę. — Gdy popękały szyby… pomyślałam, że tak musiało być. To znaczy, że coś się wreszcie dzieje. — Słychać było w jej głosie, że wcale nie wspominała tego ze strachem. Tamte wydarzenia napełniły ją czymś znacznie groźniejszym: nadzieją. — Levi kazał mi być w Londynie, poleciałam więc do Londynu. Londyn był… — Opowieść straciła w tym miejscu ład, poplątała się. Helloise nie była pewna, czy cokolwiek z tego miało znaczenie. Migawki przemocy, twarzy i ognia, ale nic nie przylgnęło do niej szczególnie. — Wiesz, jaki był Londyn. Było tam tyle… był intensywny — zbyła temat. — Leviathan wziął mnie gdzieś… gdzieś tam. Gdy się wszystko skończyło, wróciłam tu. Odpocząć. — Jej odpoczynek po takiej nocy mógł mieć tylko jeden smak. — Ach, Syl, jak strasznie było się potem obudzić. — Narkotyk przestał działać. Sen po opium rzadko bywał dobrej jakości, więc nie zregenerował jej, a jedynie znieczulił. Dom był zimny i mokry, hulał w nim wiatr. Każdy oddech ranił przeziębione po drzemce w mroźnej chacie gardło. Kiedy tylko Helloise się wtedy poruszyła, poczuła, jak potłuczona była po potyczce z mugolakami. Pamięć, porażona mnogością silnych wrażeń, buntowała się, gdy czarownica próbowała poskładać wspomnienia poprzedniej nocy w logiczną całość. — Ale… bracie, coś na mnie wtedy czekało — powiedziała Helloise napełniona nagle echem tamtego natchnienia; jej twarz pojaśniała, oczy błysnęły rozpaczliwym szaleństwem. — Coś tu zostało po tym człowieku. Coś tu chodziło. Zostawiało ślady. Widziałam wzór. Te wzory, jakaś tajemna harmonia. Kto inny niż ty mógłby lepiej zrozumieć? — Odkleiła się od jego ramienia i uklękła przy obrysach, które wykonała wokół śladów klątwy. — Gdy zauważysz, gdy je połączysz… — Przesunęła dłonią nad powierzchnią podłogi, jakby próbowała ponownie ogarnąć myślą całość tego poronionego układu. — I za każdym razem, gdy szłam spać, pojawiały się nowe. Nowe warstwy, nowe kawałki układanki. Próbowałam wyczekiwać ich przez sen. — Przez eksterioryzację odbierała swojemu umysłowi luksus choćby namiastki odpoczynku. — Nie mogłam wiedzieć, kiedy to dzieło będzie dopełnione, ale musiałam tylko cierpliwie poczekać, aż dostanę wszystkie elementy. I to wszystko. Wiedziałam, że na końcu jest jakaś odpowiedź. — Nie zauważyła, kiedy w rozgorączkowaniu brakło jej tchu. Wzięła raptowny wdech. — Matko — jęknęła, z przerażeniem patrząc na ów obraz własnych zmarnowanych dni. Znów uderzyła ją żałosna płonność tych starań. — Chciałam tylko, żeby to wszystko miało sens.
Czy tak wiele trzeba było, aby oszaleć? Helloise prześlizgnęła się opowieścią wyłącznie po powierzchni, wyłącznie po tym, co sama widziała jako istotne. Lecz zanim wybuchła Spalona Noc, ona od miesięcy już żyła w nerwowym napięciu. W pewnym momencie musiała rozbić się o granicę tego, ile mogła znieść.
A przeszła przez ogień Spalonej Nocy samotnie.
Tamtej nocy strzaskano ostatnie bezpieczne miejsce, jakie jej pozostało w Dolinie. Na szczątkach stłuczonych szyb, wśród swądu zwęglonych framug, pomagała tym, którym zawdzięczała krzywdę — nie do końca świadoma tego, co jej się przytrafiło.
Gdy oni paląc i niszcząc Londyn, rozpoznawali swoich po czarnych płaszczach, ona przemykała tamtędy po stronie anonimowych ofiar narażonych na atak z każdej strony. Upartość ducha popychała ją mimo tego do przodu, czasem wręcz ściągała w stronę przemocy, która rozgrywała się fascynująco blisko niej. Stojąc w sercu płonącego Londynu, we wzburzeniu, napędzana adrenaliną i strachem, nie odczuwała, jak mocno naciąga swoje granice. Po prostu parła przed siebie.
Nawet gdy dotarła na spotkanie z Leviathanem, nie przestała czuć się samotna. Ani na chwilę nie zdjął przy niej maski. Wziął ją do Ataraxii, w to zupełnie obce jej miejsce pełne zamaskowanych czarnoksiężników, którzy właśnie dokonali największej rzezi, jaką widział Londyn. Odesłał ją samą do kąta, zaprosił do niej swoich towarzyszy, a sam zniknął wygodnie w tłumie bliźniaczych mundurów, żeby się chełpić swoimi dokonaniami. Helloise nie dostała komfortu zniknięcia w tłumie; stała w morzu czarnych szat jako pojedynczy kolorowy element, samotnie pozostawiony z przykazem, żeby sobie z nimi radzić i nikogo nie denerwować.
Nie zaprotestowała wtedy, gdy Levi ją od siebie odprawił. Nie nalegała, żeby czepiać się jego ramienia, ani nie zażądała, żeby się nią potem zaopiekował. Przywykła do tego, że martwi się sama o siebie. Docisnęła swoją granicę, a gdy wróciła do zrujnowanego domu, okazało się, że zabrakło jej sił.
Zostawiona sama ze sobą, na podatnym gruncie szoku i zszarganych nerwów, wyhodowała pod nawiedzoną Knieją przegniłe myśli.
Trudno jej było sformułować odpowiedzi na pytania Seisylla, bo sama jeszcze nie miała czasu myśleć o tym, co się rzeczywiście stało. Zbyt wielka była Spalona Noc w jej głowie, zbyt zadymiona i tłoczna; nie zachęcała, aby do niej wracać. Z czarnej smolistej mgły wyłaniały się od czasu do czasu przypadkowe obrazy, lecz czarownica nie próbowała jeszcze przejść przez nie od początku do końca, wspomnienie po wspomnieniu.
Oparła się o ramię Seisylla, oddając mu część ciężaru własnej głowy, przez którą została występnie zdradzona. W palcach wciąż międliła bez sensu sznurki. Gdy roztrzaskała się powiązana tymi sznurkami obsesja, z którą Helloise żyła ciasno przez ostatnich kilka dni, garść ostrych okruchów wbiła się głęboko w umysł czarownicy. Wciąż drażniły, wciąż irytująco zwracały na siebie uwagę, mimo że kobieta wiedziała, że musi temat porzucić i ruszać dalej.
— Czym jest Emberfall? — zapytała, choć słowa były niemal przezroczyste. Nie wydawała się tym zainteresowana.
Przytaknęła tylko, gdy brat wspomniał o tym, że las przetrwał. Zorientowała się wówczas dopiero, jak mało widywała okolicę przez te ostatnie dni. Uświadomiła sobie, jak brakowało jej otwartej przestrzeni; pozwoliła się stłamsić ciasnym ścianom chaty.
— Chciałam, żeby to wszystko miało sens. — Ciężar tych słów kontrastował z rzuconym obojętnie pytaniem. Nastąpiła po nich dłuższa pauza, jakby to było tyle, to było wszystko. Chciała tylko znaleźć sens.
Każde kroki powinny dokądś prowadzić. Nawet jeśli ślady miałyby być tylko zapisem błądzenia, to zawsze błądziły z jakąś intencją. Nawet takie pozornie bezmyślne kroki coś ściągało w określoną stronę. Ślady klątwy powinny mieć sens, musiały mieć intencję. Helloise tę intencję przegapiła, ponieważ nie spodziewała się, że celem błotnistych odcisków ma być wyłącznie zakłócenie jej spokoju.
Co się stało?
Najtrudniej było wysupłać ten pierwszy moment, gdy sytuacja przerodziła się w oderwany od rzeczywistości koszmar.
— Przyszedł jakiś zamaskowany człowiek — zaczęła mówić powoli głosem odległym, zamyślonym; znów szła przez zasypane popiołem wrzosowisko. — Wtedy myślałam, że coś się w lesie wreszcie zmieni. Dlaczego Śmierciożerca miałby przyjść tu, jeśli nie po to, żeby wrócić do Kniei i coś w niej zmienić? Tutaj nie ma przecież wiele więcej. — Niewiele więcej: ot, mieścina gęsto zamieszkana przez czarodziejów, Warownia i inne istotne punkty na czarodziejskiej mapie. — Nie wiem, kto to był. Nic mi nie powiedział. Był ranny, więc wzięłam go do siebie. — Przechodząc przez kuchnię, Seisyll mógł widzieć krew wciąż szpecącą podłogę. — Gdy popękały szyby… pomyślałam, że tak musiało być. To znaczy, że coś się wreszcie dzieje. — Słychać było w jej głosie, że wcale nie wspominała tego ze strachem. Tamte wydarzenia napełniły ją czymś znacznie groźniejszym: nadzieją. — Levi kazał mi być w Londynie, poleciałam więc do Londynu. Londyn był… — Opowieść straciła w tym miejscu ład, poplątała się. Helloise nie była pewna, czy cokolwiek z tego miało znaczenie. Migawki przemocy, twarzy i ognia, ale nic nie przylgnęło do niej szczególnie. — Wiesz, jaki był Londyn. Było tam tyle… był intensywny — zbyła temat. — Leviathan wziął mnie gdzieś… gdzieś tam. Gdy się wszystko skończyło, wróciłam tu. Odpocząć. — Jej odpoczynek po takiej nocy mógł mieć tylko jeden smak. — Ach, Syl, jak strasznie było się potem obudzić. — Narkotyk przestał działać. Sen po opium rzadko bywał dobrej jakości, więc nie zregenerował jej, a jedynie znieczulił. Dom był zimny i mokry, hulał w nim wiatr. Każdy oddech ranił przeziębione po drzemce w mroźnej chacie gardło. Kiedy tylko Helloise się wtedy poruszyła, poczuła, jak potłuczona była po potyczce z mugolakami. Pamięć, porażona mnogością silnych wrażeń, buntowała się, gdy czarownica próbowała poskładać wspomnienia poprzedniej nocy w logiczną całość. — Ale… bracie, coś na mnie wtedy czekało — powiedziała Helloise napełniona nagle echem tamtego natchnienia; jej twarz pojaśniała, oczy błysnęły rozpaczliwym szaleństwem. — Coś tu zostało po tym człowieku. Coś tu chodziło. Zostawiało ślady. Widziałam wzór. Te wzory, jakaś tajemna harmonia. Kto inny niż ty mógłby lepiej zrozumieć? — Odkleiła się od jego ramienia i uklękła przy obrysach, które wykonała wokół śladów klątwy. — Gdy zauważysz, gdy je połączysz… — Przesunęła dłonią nad powierzchnią podłogi, jakby próbowała ponownie ogarnąć myślą całość tego poronionego układu. — I za każdym razem, gdy szłam spać, pojawiały się nowe. Nowe warstwy, nowe kawałki układanki. Próbowałam wyczekiwać ich przez sen. — Przez eksterioryzację odbierała swojemu umysłowi luksus choćby namiastki odpoczynku. — Nie mogłam wiedzieć, kiedy to dzieło będzie dopełnione, ale musiałam tylko cierpliwie poczekać, aż dostanę wszystkie elementy. I to wszystko. Wiedziałam, że na końcu jest jakaś odpowiedź. — Nie zauważyła, kiedy w rozgorączkowaniu brakło jej tchu. Wzięła raptowny wdech. — Matko — jęknęła, z przerażeniem patrząc na ów obraz własnych zmarnowanych dni. Znów uderzyła ją żałosna płonność tych starań. — Chciałam tylko, żeby to wszystko miało sens.
Czy tak wiele trzeba było, aby oszaleć? Helloise prześlizgnęła się opowieścią wyłącznie po powierzchni, wyłącznie po tym, co sama widziała jako istotne. Lecz zanim wybuchła Spalona Noc, ona od miesięcy już żyła w nerwowym napięciu. W pewnym momencie musiała rozbić się o granicę tego, ile mogła znieść.
A przeszła przez ogień Spalonej Nocy samotnie.
Tamtej nocy strzaskano ostatnie bezpieczne miejsce, jakie jej pozostało w Dolinie. Na szczątkach stłuczonych szyb, wśród swądu zwęglonych framug, pomagała tym, którym zawdzięczała krzywdę — nie do końca świadoma tego, co jej się przytrafiło.
Gdy oni paląc i niszcząc Londyn, rozpoznawali swoich po czarnych płaszczach, ona przemykała tamtędy po stronie anonimowych ofiar narażonych na atak z każdej strony. Upartość ducha popychała ją mimo tego do przodu, czasem wręcz ściągała w stronę przemocy, która rozgrywała się fascynująco blisko niej. Stojąc w sercu płonącego Londynu, we wzburzeniu, napędzana adrenaliną i strachem, nie odczuwała, jak mocno naciąga swoje granice. Po prostu parła przed siebie.
Nawet gdy dotarła na spotkanie z Leviathanem, nie przestała czuć się samotna. Ani na chwilę nie zdjął przy niej maski. Wziął ją do Ataraxii, w to zupełnie obce jej miejsce pełne zamaskowanych czarnoksiężników, którzy właśnie dokonali największej rzezi, jaką widział Londyn. Odesłał ją samą do kąta, zaprosił do niej swoich towarzyszy, a sam zniknął wygodnie w tłumie bliźniaczych mundurów, żeby się chełpić swoimi dokonaniami. Helloise nie dostała komfortu zniknięcia w tłumie; stała w morzu czarnych szat jako pojedynczy kolorowy element, samotnie pozostawiony z przykazem, żeby sobie z nimi radzić i nikogo nie denerwować.
Nie zaprotestowała wtedy, gdy Levi ją od siebie odprawił. Nie nalegała, żeby czepiać się jego ramienia, ani nie zażądała, żeby się nią potem zaopiekował. Przywykła do tego, że martwi się sama o siebie. Docisnęła swoją granicę, a gdy wróciła do zrujnowanego domu, okazało się, że zabrakło jej sił.
Zostawiona sama ze sobą, na podatnym gruncie szoku i zszarganych nerwów, wyhodowała pod nawiedzoną Knieją przegniłe myśli.
dotknij trawy