24.05.2026, 21:03 ✶
Dziwaczna z nich była zgraja przemądrzałych chuderlaków. Jeden lepszy od drugiego, czystokrwiste smrodki, psia mać. Longbottom z trudem powstrzymał się od parsknięcia śmiechem, gdy wysłuchał podniosłych deklamacji jedna po drugiej — wykonu Morpheusa i mowy Jonathana. Anthony widać był zbyt dumny, aby go poczęstować aż tyloma słowami. Pocieszny młody. Gdyby nie był czystokrwisty i bogaty, to by mu pewnie w szkole spuszczali głowę w kiblu.
Sprawa, mimo teatralnej młodzieńczej oprawy, była poważna, co bynajmniej nie umknęło Clemensowi. W pierwszej chwili nie wiedział w zasadzie, od której strony się do tego zabrać.
— Jak na was patrzę, to we wszystko, co mi opowiesz uwierzę — mruknął niepocieszony do Morpheusa, choć wybrzmiało to bardziej jak niezadowolenie z ich wybryku niż załamanie własną bezradnością. — Zobaczymy, co z tą mamą. I nie — uniósł ostrzegawczo palec, odwracając się do Jonathana — nie zmniejszamy go. Przynajmniej na razie. Zapiszmy ten pomysł na później, gdy wyczerpiemy pozostałe opcje.
Longbottom wziął się pod boki i zaczął ze wszech stron przyglądać się bratu, jakby rzeczywiście zastanawiał się nad jakąś skuteczną taktyką. W rzeczywistości grał na zwłokę. Oczywiście, chciał uratować dzień i chciał uratować brata, lecz w głowie już miał opcję awaryjną — pośle po któregoś kumpla z Czarodziejskiego Pogotowia. Co chwila mu chłopaki opowiadali, jak dziwne rzeczy wyciągali z jeszcze dziwniejszych miejsc…
— Długo już tu wisisz, młody? Johnny coś mówił o tym, że ci już nie zostało dużo czasu — gadał obchodzonemu przez siebie z każdej strony Morpheusowi dla podtrzymania morale.
Trzeba przyznać, zabili mu tym wygłupem ćwieka, ale stanie bezczynnie nic nie da. Longbottom ustawił się więc przez bratem stabilnie na szeroko rozstawionych nogach i wziął nieboraka pod pachy. Napiął się, pociągnął — mocno, ale z wyczuciem, żeby chłopcu nic ważnego nie poprzestawiać.
Nic z tego, faktycznie zaklinowany na amen, a przecież na siłę go wytargać Clemens nie zamierzał.
Do Anthony’ego odwrócił się śmiertelnie poważny, z grobową miną, aby na pytanie, czy widział już coś podobnego, odpowiedzieć tonem niezachwianej pewności siebie:
— Oczywiście. Przekroimy go na pół i zabierzemy tę część, która wystaje.
Sprawa, mimo teatralnej młodzieńczej oprawy, była poważna, co bynajmniej nie umknęło Clemensowi. W pierwszej chwili nie wiedział w zasadzie, od której strony się do tego zabrać.
— Jak na was patrzę, to we wszystko, co mi opowiesz uwierzę — mruknął niepocieszony do Morpheusa, choć wybrzmiało to bardziej jak niezadowolenie z ich wybryku niż załamanie własną bezradnością. — Zobaczymy, co z tą mamą. I nie — uniósł ostrzegawczo palec, odwracając się do Jonathana — nie zmniejszamy go. Przynajmniej na razie. Zapiszmy ten pomysł na później, gdy wyczerpiemy pozostałe opcje.
Longbottom wziął się pod boki i zaczął ze wszech stron przyglądać się bratu, jakby rzeczywiście zastanawiał się nad jakąś skuteczną taktyką. W rzeczywistości grał na zwłokę. Oczywiście, chciał uratować dzień i chciał uratować brata, lecz w głowie już miał opcję awaryjną — pośle po któregoś kumpla z Czarodziejskiego Pogotowia. Co chwila mu chłopaki opowiadali, jak dziwne rzeczy wyciągali z jeszcze dziwniejszych miejsc…
— Długo już tu wisisz, młody? Johnny coś mówił o tym, że ci już nie zostało dużo czasu — gadał obchodzonemu przez siebie z każdej strony Morpheusowi dla podtrzymania morale.
Trzeba przyznać, zabili mu tym wygłupem ćwieka, ale stanie bezczynnie nic nie da. Longbottom ustawił się więc przez bratem stabilnie na szeroko rozstawionych nogach i wziął nieboraka pod pachy. Napiął się, pociągnął — mocno, ale z wyczuciem, żeby chłopcu nic ważnego nie poprzestawiać.
Nic z tego, faktycznie zaklinowany na amen, a przecież na siłę go wytargać Clemens nie zamierzał.
Do Anthony’ego odwrócił się śmiertelnie poważny, z grobową miną, aby na pytanie, czy widział już coś podobnego, odpowiedzieć tonem niezachwianej pewności siebie:
— Oczywiście. Przekroimy go na pół i zabierzemy tę część, która wystaje.
piw0 to moje paliwo