O ile tę piwnicę w ogóle można by nazwać typową piwnicą… To nie był żaden smutny loszek czy coś w tym stylu, tylko przedłużenie domu; schody wychodziły na dość szeroki korytarz, gdzie znajdowały się dwa pomieszczenia, z czego w jednym Victoria zrobiła swoją pracownię, a drugie… drugie stało puste. Nie chodziła tam zbyt często, ostatnio niemal wcale, bo nie miała na to czasu. Zresztą nie miało to już większego znaczenia, bo wczorajszego dnia Victoria postanowiła, że znajdzie im dom pozbawiony tej psychodelicznej nuty, która musiała czaić się gdzieś w ścianach. Wyegzorcyzmowany poltergeist to jedno, ale te bębny, które zwiastowały jakiś mroczny rytuał, to drugie… Dlatego posłała już sowę do agenta nieruchomości, z którym rozmawiała już w sierpniu i nawet wstępnie oglądała jakieś domy, nim wszystko odłożyła „na później”. Później nastąpiło teraz i Victoria miała wielką nadzieję, że nadal będzie mieć jakieś sensowne oferty, bo nie zamierzała narażać komfortu życia swojej rodziny. Na razie czekała na odpowiedź.
Victoria spokojnie spojrzała na Primrose i nawet spróbowała się lekko uśmiechnąć, kiedy ta z pełnym przejęciem zaczęła mówić o klapie.
– Właściwie, to wierzę – odpowiedziała jej najspokojniej na świecie, ale wewnętrznie już myślała o tym, czy a) poltergeist jednak zdołał wrócić, b) czy ten dom jest naprawdę przeklęty, c) czy ma to coś wspólnego z facetem ze snów, d) czy może jednak w ten sposób objawia się cokolwiek Voldemort zrobił w Spaloną Noc (skoro niektórzy mieli w domach sadzę, której nie mogli się pozbyć, albo znikające i pojawiające się w losowych miejscach runy…). – Okej, to nieważne… Pokażesz mi, gdzie widziałaś tę klapę? Zobaczę co jest grane – mówiła to takim tonem, jakby właśnie pytała siostrę o to, czy pożyczy jej sukienkę, a to wszystko dlatego, że doskonale wiedziała, jak bardzo Primrose potrafi być strachliwa i nie chciała jej przestraszyć mocniej. Już wystarczało, że Victoria sama bała się o swoją rodzinę i o to, co się właściwie najlepszego działo w tym domu. – To znaczy jak już mi popatrzysz na stópkę – dodała, a gdy siostra spróbowała przywołać tutaj zmiotkę, a ta tylko podskoczyła, to machnęła na to ręką. – Nie szkodzi. Poprosimy Strzałkę, żeby to potem sprzątnęła. Tu chyba nie ma tego szkła – i podniosła nogi z podłogi po czym podciągnęła się na łóżku i przeturlała na jego drugą stronę, gdzie faktycznie było już dużo czyściej. Jakieś pojedyncze odłamki oczywiście tutaj były, ale nie tyle, co po drugiej stronie, gdzie zbiła się fiolka. – I jak? Bardzo jest źle? – trochę bolało, jak to na stopie, ale… nie było to nic, czego już nie przeżywała. Nic do tej pory nie równało się z bólem, jaki czuła gdy odzyskiwała świadomość w szpitalu polowym po nieszczęsnym Beltane.