27.05.2026, 13:16 ✶
Odkąd Knieja zaroiła się widmami, sny Helloise coraz częściej przypominały koszmary. Coraz gęstsze cienie zaczęły wślizgiwać się do jej głowy, gdy zasypiała. Przeżyła we wrześniu tyle rodzajów koszmaru: koszmary senne, koszmary na jawie, koszmary w narkotycznej halucynacji. W tamtym momencie morderczy demon był wyłącznie kolejnym z wielu, które miały ją umęczyć. Nie miała już nawet sił się zastanowić: czy to sen, czy klątwa, czy inny upiór. Chciała tylko przetrwać. Nie dać się zabić, nieważne, czy miałoby to być we śnie tylko, czy na jawie również. Ból był realistyczny, ciepła krew na plecach także — to jej wystarczało za powód, aby walczyć, choćby wszystko miało okazać się wyłącznie złym snem, z którego obudzi się spocona w skotłowanej pościeli we własnej sypialence.
Patrzyła na Dægberhta w milczeniu, niezdecydowana. Gryzła ją myśl o porzuceniu go z potworem. Kochany Flint, co za piękny gest — jeden z tych, których nie przyjmuje się lekko, a jednak Helloise potrafiła odbierać i wielkie ofiary. Jeśli chciał się w ten sposób poświęcić, niech tak będzie.
Na drżących nogach kobieta podniosła się z klęczek.
— Nie rób tego za wszelką cenę. Chcę cię jeszcze zobaczyć!
Cofnęła się o krok, gdy demon się rozbudził. Kiedy się odwróciła, pękła nić niezdecydowania. Teraz mogła tylko biec przed siebie i nie pozwolić, żeby ofiara poszła na marne. Biegła i modliła się, aby Bogini miała Dægberhta w opiece.
Nie odwracała się za siebie. Las rozciągał się przed nią szeroki i nieprzenikniony. Sceneria znów stała się monotonna, powtarzalna. Nieważne, w jakie ścieżki skręcała czarownica, nic się nie zmieniało. Błądziła między tymi samymi drzewami, uchylała się z drogi przed tymi samymi gałęziami. Było w tym lesie coś nieorganicznego, był to sen o niewykończonych szczegółach i nudnych przygnębiających wzorcach, a przecież Helloise potrafiłaby wyśnić nieskończone bogactwo leśnych krajobrazów. Ten sen był pułapką.
Strach wciąż ściskał jej żebra, a nogi wyczerpało zmęczenie. I akurat gdy zwolniła, pośród lasu coś się zmieniło. Otwarła się przed czarownicą niewielka polana, skąd widać było kawałek szarego burzowego nieba, tak gęstego, że nie potrafiła dopasować go do żadnej pory dnia. W samym sercu polany czekał na nią stoliczek zastawiony winem i smakołykami, a przy nim dwa krzesła. Obrus powiewał lekko na niespokojnym wietrze.
Zdumiona Helloise obróciła się na drogę, z której przyszła. Liczyła, że zobaczy za sobą Dægberhta, całego i zdrowego. Obawiała się tego, kto inny mógłby zająć drugie miejsce przy stole, bo jeśli nie on, to…?
Ścieżka była jednak pusta. Na chwilę czarownica odniosła wrażenie, że wreszcie została sama, że zniknęła ciążąca nad koszmarem obecność upiora. Rozejrzała się ostatni raz po martwej, głuchej pętli koszmarnego lasu, po czym pełna czujnych obaw wkroczyła na polanę, aby zająć swoje miejsce przy stole.
Patrzyła na Dægberhta w milczeniu, niezdecydowana. Gryzła ją myśl o porzuceniu go z potworem. Kochany Flint, co za piękny gest — jeden z tych, których nie przyjmuje się lekko, a jednak Helloise potrafiła odbierać i wielkie ofiary. Jeśli chciał się w ten sposób poświęcić, niech tak będzie.
Na drżących nogach kobieta podniosła się z klęczek.
— Nie rób tego za wszelką cenę. Chcę cię jeszcze zobaczyć!
Cofnęła się o krok, gdy demon się rozbudził. Kiedy się odwróciła, pękła nić niezdecydowania. Teraz mogła tylko biec przed siebie i nie pozwolić, żeby ofiara poszła na marne. Biegła i modliła się, aby Bogini miała Dægberhta w opiece.
Nie odwracała się za siebie. Las rozciągał się przed nią szeroki i nieprzenikniony. Sceneria znów stała się monotonna, powtarzalna. Nieważne, w jakie ścieżki skręcała czarownica, nic się nie zmieniało. Błądziła między tymi samymi drzewami, uchylała się z drogi przed tymi samymi gałęziami. Było w tym lesie coś nieorganicznego, był to sen o niewykończonych szczegółach i nudnych przygnębiających wzorcach, a przecież Helloise potrafiłaby wyśnić nieskończone bogactwo leśnych krajobrazów. Ten sen był pułapką.
Strach wciąż ściskał jej żebra, a nogi wyczerpało zmęczenie. I akurat gdy zwolniła, pośród lasu coś się zmieniło. Otwarła się przed czarownicą niewielka polana, skąd widać było kawałek szarego burzowego nieba, tak gęstego, że nie potrafiła dopasować go do żadnej pory dnia. W samym sercu polany czekał na nią stoliczek zastawiony winem i smakołykami, a przy nim dwa krzesła. Obrus powiewał lekko na niespokojnym wietrze.
Zdumiona Helloise obróciła się na drogę, z której przyszła. Liczyła, że zobaczy za sobą Dægberhta, całego i zdrowego. Obawiała się tego, kto inny mógłby zająć drugie miejsce przy stole, bo jeśli nie on, to…?
Ścieżka była jednak pusta. Na chwilę czarownica odniosła wrażenie, że wreszcie została sama, że zniknęła ciążąca nad koszmarem obecność upiora. Rozejrzała się ostatni raz po martwej, głuchej pętli koszmarnego lasu, po czym pełna czujnych obaw wkroczyła na polanę, aby zająć swoje miejsce przy stole.
dotknij trawy