Koty. Koty nie do końca zajmowały teraz głowę Bertiego. W sumie to w ogóle nie miały one miejsca w jego jaźni, jakby uciekły dokładnie tak samo jak i te żywe, albo chowające się przed strasznościami które kryły się w Kniei, albo zostały przez nie pożarte (czego całe szczęście biedny Bott nie wiedział, bo by mu chyba połowa włosów wypadła). Co innego było dla niego problemem - terror, który sypał się właśnie z nieba. Szarawe płatki popiołu nie były czymś, co należało traktować w tych rejonach ze spokojem, a już w szczególności nie w momencie, kiedy te sypały gęsta z nieba, szczególnie kiedy zdawało się że robiły to dosłownie wszędzie. U niego na posesji, w sadzie, po ścieżce którą obrał i wreszcie na wrzosowiskach. Tak, wrzosowiskach, bo Bott uznał się biegnięcie na przestrzał przez barwiące się wrzosy to był idealny sposób by dostać się w bardziej ucywilizowane rejony miasteczka.
Nie biegł ścieżka, a przynajmniej nie tą jasno wytyczoną między krzewinkami i dlatego też nawet nie zwrócił uwagi na podejrzanie poruszające się gałązki, które pewnie każdego innego razu przykułyby jego spojrzenie. Jeśli więc Helloise liczyła na to, że sobie spokojnie poleży, to szybko się przeliczyła, bo została prawie stratowana. Prawie, bo Bertie całe szczęście nie przebiegł po niej tak zwyczajnie, zamiast tego zahaczając o nią stopą, przelatując nad nią i lądując we wrzosach.
- Pani Heluniuuu - zawył, bardziej martwiąc się oczywiście o czarownicę, a nie o siebie. - Nic pani nie jest? Słodka Matko, łaskiś pełna, niech mi pani powie że wszystko dobrze. Ja przepraszam, naprawdę, przepraszam. Ale czy pani widzi co się dzieje? Koniec, to koniec! - mężczyzna wyrzucał z siebie kolejne słowa niezwykle szybko, próbując jednocześnie podnieść się z ziemi i stanąć na równe nogi, jednocześnie się przy tym otrzepując, ale nawet nie z ziemi tylko nerwowo strącając osadzający się na flanelowej koszuli popiół.