Liczył się z jej hardością znacznie bardziej, niż mogłoby się wydawać. Gdyby uważał ją za kobietę, którą można wytrącić z równowagi jednym odrzuconym gestem albo odrobinę zbyt stanowczym uściskiem, prawdopodobnie już dawno przestałby traktować ją poważnie. Nie. W jego oczach była zbudowana z twardszego materiału. Potrzeba było znacznie więcej, by naprawdę naruszyć to, co nosiła wewnątrz. Znacznie więcej niż krótka demonstracja granicy, którą właśnie między nimi wyrysował. Łatwo było pomylić dominację z wyznaczeniem granicy. Jeszcze łatwiej, kiedy robił to Louvain. Oczywiście użył mocnego akcentu. Oczywiście zrobił to w sposób, który trudno było zignorować. Komunikaty rozmyte, pozostawione przypadkowi albo dobrej woli rozmówcy, miały nieprzyjemną tendencję do bycia błędnie interpretowanymi. A on nie miał ochoty pozostawiać miejsca na interpretacje. Była różnica między rozmową a przesłuchaniem. Między ciekawością, a próbą dobrania się do rzeczy, które powinny pozostać na odległość. Między zadaniem pytania, a ustawieniem człowieka pod ścianą w oczekiwaniu, że w końcu zacznie mówić to, co chciałoby się usłyszeć. I właśnie tę różnicę zaznaczył. Bo wywoływanie na nim presji, nawet subtelnej, nawet ubranej w znajome spojrzenie i wspomnienia dawnych lat, zawsze spotykało się ze stanowczą reakcją. Tak był skonstruowany. Astoria mogła uważać, że zna ten mechanizm. Prawdopodobnie znała nawet niż lepiej niż większość ludzi. Nie zmieniało to faktu, że mechanizm nadal działał dokładnie tak samo. Louvain nigdy nie był chłopcem, którego można było posadzić na stołku i cierpliwie wyciągać z niego zeznania. Nigdy nie był człowiekiem, który pod odpowiednią dawką emocjonalnej presji zaczynał odsłaniać kolejne warstwy siebie. Im mocniej ktoś próbował dostać się do środka, tym szczelniej zamykały się wszystkie drzwi. Nosił na barkach ciężary, których Astoria nie mogła nawet podejrzewać. Zobowiązania znacznie większe od własnych zachcianek, własnych sentymentów czy dawnych historii. Były sprawy, które wykraczały daleko poza ich balkon, daleko poza ich przeszłość i daleko poza niego samego. Przez krótką chwilę przyglądał się jej w milczeniu. Złota maska nadal zasłaniała część jej twarzy. Paradoksalnie to ona wydawała się teraz bardziej ukryta niż on. Louvain zdjął swoją maskę. Odsłonił twarz. Odsłonił spojrzenie. Ale nie oznaczało to, że odsłonił wszystko. Bo pewne rzeczy nie znajdowały się w oczach. Pewne rzeczy mieszkały głębiej. I nie należały już wyłącznie do niego. Nie był też jej chłopcem. Nie tym dawnym, którego mogła dotknąć bez zastanowienia, a potem obserwować, jak mięknie pod wpływem własnych uczuć. Czas zrobił z nimi obojgiem rzeczy, których nie dało się odwrócić. Jeśli Astoria wierzyła, że nadal posiada klucz do jakijś ukrytej części jego wnętrza, być może nawet miała odrobinę racji. Być może. Ale istniała ogromna różnica między posiadaniem klucza a znalezieniem drzwi. Nie dlatego, że jej nie ufał. Po prostu były rzeczy, których nie wolno było oddać nikomu. Nawet ludziom, których kiedyś kochało się bardziej niż własną głupotę.
Początkowo uśmiechnął się tylko pod nosem. Niemal z pobłażaniem. Bo ze wszystkich rzeczy, które mogły czekać na człowieka na końcu tej drogi, właśnie tego się obawiała? Spojrzał na nią przez chwilę w milczeniu, jakby upewniał się, że dobrze zrozumiał. - A więc tego boisz się najbardziej? Nie było w tym kpiny. Jeszcze nie. - Nie karceru? Nie utraty zdrowia? Nawet nie śmierci? Tylko tego, że cię wystawię? Przez moment wyglądał, jakby miał zaraz zbyć ten lęk wzruszeniem ramion. Jakby miał powiedzieć, że to dziwacznie dobrane priorytety w czasach, kiedy ludzie znikali bez śladu, a Londyn przypominał pole bitwy bardziej niż stolicę magicznego świata. Ale im dłużej o tym myślał, tym bardziej uśmiech gasł. Bo przecież doskonale rozumiał ten sposób myślenia. W gruncie rzeczy nawet zbyt dobrze. Karcer był tylko miejscem. Ból był tylko bólem. Strach przemijał. Nawet śmierć miała w sobie pewną prostotę. Ostateczność, która kończyła wszystkie rachunki jednocześnie. Zdrada była czymś innym. Zostawała. Przyklejała się do człowieka jak rzep psiej dupy. Wracała w najmniej odpowiednich momentach, za każdym razem przypominając, że ktoś kiedyś otrzymał dostęp do najważniejszych części ciebie, a potem wykorzystał go przeciwko tobie. Z tego wszystkiego rzeczywiście brzmiała jak najokrutniejsza tortura. Zaśmiałby się w głos gdyby to nie była ona. Oceniać go na głos tak brzydko, choć przynosiło to zaszczyt jego przegniłej duszy, nie było mądre. Gdyby nie miała swoich powodów, nie milczałby teraz z niepocieszonym spojrzeniem wbitym w jej obojczyk. Z pewnością za tak bezczelny rozrachunek jego moralności i za samą insynuację podłości, dałby jej teraz solidne argumenty do tego by myśleć o nim w dokładnie w ten sposób. Gdyby tylko była kimś innym. - Nie zdradzę Cię. Przez chwilę jeszcze patrzył na nią w milczeniu. Nie szukał odpowiednich słów ani kolejnej metafory, którą mógłby przykryć prawdę. Tym razem nie było takiej potrzeby. - Obiecuję. Powiedział to krótko. Tak zwyczajnie, że aż pozbawione charakterystycznej dla niego teatralności. Bez uśmiechu, bez manipulacji, bez prób przekonania jej do czegokolwiek. Po prostu fakt. Nie oczekiwał, że mu uwierzy. Właściwie byłby zdziwiony, gdyby zrobiła to od razu. Zaufanie nie było czymś, co wracało na zawołanie po latach, zwłaszcza między nimi. Ale akurat o to nie musiała się obawiać. Bo choć Louvain miał na sumieniu wystarczająco wiele rzeczy, by nie próbować kreować się na lepszego człowieka, zdrada nigdy nie należała do jego ulubionych grzechów. Porzucenie? Owszem. Już raz odszedł od Astorii. Już raz zostawił po sobie wspomnienie, którego zdecydowanie nie należało nazywać przyjemnym. Nigdy jednak jej nie sprzedał. Nigdy jej nie wykorzystał. Nigdy nie zamienił jej zaufania na własną korzyść. Granica mogła wydawać się subtelna, ale dla niego była fundamentalna.
Właściwie im dłużej słuchał jej obaw, tym bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że nie dostrzega jednej, fundamentalnej różnicy. Gdyby naprawdę zależało mu na kontroli, nie prowadziłby tej rozmowy w ten sposób. Nie proponowałby jej sprawczości, nie zachęcałby do samodzielnego stanięcia bliżej sceny. Zrobiłby dokładnie odwrotnie. Pozwoliłby jej uwierzyć, że bezpieczeństwo znajduje się wyłącznie przy jego boku, uzależniłby jej spokój od własnej obecności, sprawiłby, że każde rozwiązanie prowadziłoby przez niego. - Przydać się. Odrzucił jakby lekko rozbawiony, znowu w swoim tonie. To było przecież najprostsze. I właśnie dlatego uważał, że było to najlepsze, co mógł jej zaoferować. Nie ochronę, nie opiekę, nie własny cień. Szansę, by własne ambicje przestały krążyć bez najgłębszego celu i wreszcie wpłynęły do nurtu, który rzeczywiście poruszał świat. By mogła wyciągnąć z niego dokładnie to, czego najbardziej potrzebowała: wiedzę, wpływ, uprzedzenie kolejnego ciosu, zanim ten zdąży dosięgnąć jej lub ludzi, których postanowiła chronić. Cokolwiek tylko zechciała. - Spokojnie, nie musisz odpowiadać teraz. - uspokoił. Dla niego była to rozmowa tak samo niespodziewana, jak i dla niej, więc nie oczekiwał, że podejmie tak wiążącą decyzje tu i teraz. Musiała być ona świadoma, przemyślana i dojrzała. A po limoncello szybko to dobrze wychodziły tylko pocałunki. - Weź tyle czasu, ile potrzebujesz. Poczekam cierpliwie.