Schody opadały coraz głębiej pod wzgórze, a wraz z każdym kolejnym stopniem świat powierzchni wydawał się mniej rzeczywisty. Powietrze stawało się cięższe, nasycone wilgocią osiadającą na skórze niczym cienka warstwa chłodnego potu. Kamienne ściany zwężały się i rozszerzały bez widocznej logiki, prowadząc ich przez plątaninę korytarzy przypominających bardziej wnętrzności martwego olbrzyma niż dzieło ludzkich rąk.
Od czasu do czasu natrafiali na niewielkie komnaty. Musiały być kiedyś częścią szkoły – pracowniami, magazynami lub miejscami przeznaczonymi do samotnej nauki. Trudno było orzec. Czas obszedł się z nimi bezlitośnie. Drewniane regały zapadły się pod własnym ciężarem, a woluminy rozpadały przy najlżejszym dotknięciu, rozsypując się w dłoniach na brunatne płatki przypominające bardziej wysuszone liście niż papier. Tu i ówdzie leżały resztki narzędzi nieznanego przeznaczenia – pokryte zielonkawym nalotem szczypce, pęknięte soczewki, żelazne ramy dawnych przyrządów, których funkcję dawno pochłonęła niepamięć. Wszystko wyglądało tak, jakby mieszkańcy tego miejsca opuścili je nagle albo jakby czas zatrzymał się na kilka stuleci tylko po to, by później runąć na nie jednocześnie.
Niektóre przejścia okazywały się zdradliwe. Tu cienka nić zaklęcia przecinała korytarz na wysokości kolan, tam runa ukryta pod warstwą kurzu czekała cierpliwie na nieostrożny krok. Za każdym razem jednak Ceolsige dostrzegała niebezpieczeństwo dostatecznie wcześnie. Stare mechanizmy i magiczne zabezpieczenia ustępowały jedno po drugim, pozbawione dawnej siły, choć… czy rzucił je ktoś przed wiekami, czy były to zabezpieczenia rzucone już w tym stuleciu? Bardzo trudno było orzec, nie mieli z resztą czasu na te rozważania, brnąc dalej, brnąć głębiej, ku rozwiązaniu.
Eksploracja przebiegała bez przeszkód.
Aż do chwili, gdy nad ich głowami przetoczył się grom.
Nie był to odgłos zawalenia. Nie było trzasku pękających belek ani huku osuwających się skał.
Tylko dźwięk przywołujący na myśl dziejącą się nad ich głowami burzę, byli jednak zdecydowanie zbyt głęboko pod powierzchnią ziemi, aby mógł być to odgłos z powierzchni. Wibracja przepłynęła przez podziemia niczym fala przechodząca przez wodę, wnikając w kości, w zęby, w sam rdzeń wzgórza, po czym równie nagle zniknęła.
Korytarz wydał się nagle ciaśniejszy. Powietrze gęstsze.
Cisza, która po niej nastąpiła, też zdawała się inna.
Od tego momentu korytarze zaczęły opadać wyraźniej. Wilgoć ściekała po ścianach cienkimi strużkami, a z sufitu kapała woda. Powietrze utraciło grzybowy, ziemisty zapach starych podziemi. Zastąpiła go sól – najpierw ledwie wyczuwalna, potem coraz wyraźniejsza, aż wreszcie tak intensywna, że niemal szczypała w nozdrza.
I coś jeszcze pod powierzchnią morsko-mineralnej inhalacji.
Woń rozkładu.
Nie świeża, nie gwałtowna. Stara. Przenikająca kamień od dziesięcioleci. Jak zapach wrakowiska odsłoniętego podczas odpływu albo rzeźni opuszczonej tak dawno temu, że zniknęły z niej ślady krwi, lecz nie pamięć o niej.
Korytarz zwężał się stopniowo. Najpierw zmuszał do pochylenia głowy, aż w końcu stał się tak ciasny, że mogli poruszać się wyłącznie jeden za drugim. Mokre ściany znajdowały się na wyciągnięcie dłoni z obu stron, śliskie od wilgoci i nierówne jak źle zrośnięta blizna. Miejscami przejście przypominało bardziej wnętrze grobowca niż część dawnej szkoły.
Nie było tu jednak żadnych szczątków.
Żadnych kości.
Żadnych sarkofagów.
A mimo to każdy kolejny metr zdawał się prowadzić coraz głębiej do miejsca przeznaczonego dla umarłych.
Nie sposób było już odgadnąć, gdzie właściwie się znajdowali. Czy nadal pozostawali pod wzgórzem, czy zeszli pod fundamenty miasta, czy może podziemia od dawna prowadziły ich ku samemu morzu?
Pierwsze dwie osoby z rzędu badaczy mogły dostrzec, że na końcu wąskiego przejścia zapraszał prześwit, a migoczące odpryski nikłego światła przywodziły na myśl refleksy dawane przez umagicznione kryształy pełniące funkcje zastępcze dla mniej trwałych pochodni. Jama, pieczara, podziemne sanktuarium. Miejsce, które mogło dać im odpowiedzi. Miejsce, które mogło przynieść im śmierć.
I wtedy, wraz ze zrozumieniem ich obecnej sytuacji, niemal na granicy słyszalności, dotarł do nich kolejny dźwięk nie należący do nich.
Nie grom, ni głos.
Nie słowo.
Tylko i aż zniekształcone echem nucenie.
Zaproszenie.
Od czasu do czasu natrafiali na niewielkie komnaty. Musiały być kiedyś częścią szkoły – pracowniami, magazynami lub miejscami przeznaczonymi do samotnej nauki. Trudno było orzec. Czas obszedł się z nimi bezlitośnie. Drewniane regały zapadły się pod własnym ciężarem, a woluminy rozpadały przy najlżejszym dotknięciu, rozsypując się w dłoniach na brunatne płatki przypominające bardziej wysuszone liście niż papier. Tu i ówdzie leżały resztki narzędzi nieznanego przeznaczenia – pokryte zielonkawym nalotem szczypce, pęknięte soczewki, żelazne ramy dawnych przyrządów, których funkcję dawno pochłonęła niepamięć. Wszystko wyglądało tak, jakby mieszkańcy tego miejsca opuścili je nagle albo jakby czas zatrzymał się na kilka stuleci tylko po to, by później runąć na nie jednocześnie.
Niektóre przejścia okazywały się zdradliwe. Tu cienka nić zaklęcia przecinała korytarz na wysokości kolan, tam runa ukryta pod warstwą kurzu czekała cierpliwie na nieostrożny krok. Za każdym razem jednak Ceolsige dostrzegała niebezpieczeństwo dostatecznie wcześnie. Stare mechanizmy i magiczne zabezpieczenia ustępowały jedno po drugim, pozbawione dawnej siły, choć… czy rzucił je ktoś przed wiekami, czy były to zabezpieczenia rzucone już w tym stuleciu? Bardzo trudno było orzec, nie mieli z resztą czasu na te rozważania, brnąc dalej, brnąć głębiej, ku rozwiązaniu.
Eksploracja przebiegała bez przeszkód.
Aż do chwili, gdy nad ich głowami przetoczył się grom.
Nie był to odgłos zawalenia. Nie było trzasku pękających belek ani huku osuwających się skał.
Tylko dźwięk przywołujący na myśl dziejącą się nad ich głowami burzę, byli jednak zdecydowanie zbyt głęboko pod powierzchnią ziemi, aby mógł być to odgłos z powierzchni. Wibracja przepłynęła przez podziemia niczym fala przechodząca przez wodę, wnikając w kości, w zęby, w sam rdzeń wzgórza, po czym równie nagle zniknęła.
Korytarz wydał się nagle ciaśniejszy. Powietrze gęstsze.
Cisza, która po niej nastąpiła, też zdawała się inna.
Od tego momentu korytarze zaczęły opadać wyraźniej. Wilgoć ściekała po ścianach cienkimi strużkami, a z sufitu kapała woda. Powietrze utraciło grzybowy, ziemisty zapach starych podziemi. Zastąpiła go sól – najpierw ledwie wyczuwalna, potem coraz wyraźniejsza, aż wreszcie tak intensywna, że niemal szczypała w nozdrza.
I coś jeszcze pod powierzchnią morsko-mineralnej inhalacji.
Woń rozkładu.
Nie świeża, nie gwałtowna. Stara. Przenikająca kamień od dziesięcioleci. Jak zapach wrakowiska odsłoniętego podczas odpływu albo rzeźni opuszczonej tak dawno temu, że zniknęły z niej ślady krwi, lecz nie pamięć o niej.
Korytarz zwężał się stopniowo. Najpierw zmuszał do pochylenia głowy, aż w końcu stał się tak ciasny, że mogli poruszać się wyłącznie jeden za drugim. Mokre ściany znajdowały się na wyciągnięcie dłoni z obu stron, śliskie od wilgoci i nierówne jak źle zrośnięta blizna. Miejscami przejście przypominało bardziej wnętrze grobowca niż część dawnej szkoły.
Nie było tu jednak żadnych szczątków.
Żadnych kości.
Żadnych sarkofagów.
A mimo to każdy kolejny metr zdawał się prowadzić coraz głębiej do miejsca przeznaczonego dla umarłych.
Nie sposób było już odgadnąć, gdzie właściwie się znajdowali. Czy nadal pozostawali pod wzgórzem, czy zeszli pod fundamenty miasta, czy może podziemia od dawna prowadziły ich ku samemu morzu?
Pierwsze dwie osoby z rzędu badaczy mogły dostrzec, że na końcu wąskiego przejścia zapraszał prześwit, a migoczące odpryski nikłego światła przywodziły na myśl refleksy dawane przez umagicznione kryształy pełniące funkcje zastępcze dla mniej trwałych pochodni. Jama, pieczara, podziemne sanktuarium. Miejsce, które mogło dać im odpowiedzi. Miejsce, które mogło przynieść im śmierć.
I wtedy, wraz ze zrozumieniem ich obecnej sytuacji, niemal na granicy słyszalności, dotarł do nich kolejny dźwięk nie należący do nich.
Nie grom, ni głos.
Nie słowo.
Tylko i aż zniekształcone echem nucenie.
Zaproszenie.
Tura kończy się 2.06
Zasady rozgrywki w podziemiach:
Zasady rozgrywki w podziemiach:
- Korytarz się zwęża i pomieści na raz tylko jedną osobę. Ustalcie szyk i określcie w postach źródło światła dla każdego z Was. Trzecia osoba w szyku ma utrudnione widzenie tego co jest przed Wami, czwarta uniemożliwione (zabezpiecza tył).
- Od tej tury obowiązuje kolejka odpisów, wprowadzam ograniczenie 500 słów na post (pomijając opisy rzutów i wykorzystane przewagi/zawady na dole posta).
- Proszę o ujmowanie w poście i podkreślanie pozycjonowania i przemieszczania się postaci.
- Każda postać może wykonać dwa Rzuty na dowolną Cechę. Rzut może dotyczyć podwójnej próby wykonania tej samej Akcji (np. dwa razy rzucam zaklęcie).
- Krytyczna porażka w pierwszym rzucie oznacza automatyczną porażkę w drugim rzucie.
- Na potrzeby sesji przyjmuję, że Rzuty postaci dosiadających miotły bez przewagi Latanie na miotle to -10 w przypadku zagrożenia życia/ -10 przy wymagającym locie (łącznie -20 jak jest wymagający lot i walka o życie).
- Jeżeli ktoś ma wątpliwości czy deklarowana Akcja jest zgodna z poziomem Cechy postaci, proszę o pytania na PW. Efekt czarów może być zmniejszony/uproszczony w zależności od poziomu Cechy.
- Jeżeli cokolwiek jest niezrozumiałe, proszę pytajcie, a ja będę uzupełniać ten post o wyklarowane informacje i przykłady.
poradnik młodego skauta