30.05.2026, 21:04 ✶
1957
Przez całą drogę, dopóki nie zatrzymaliśmy się na chwilę w miejscu, a gęstwina liści nie zrzedła odrobinę, czułem na plecach jej badawczy, pełen rezerwy wzrok. To, że uważała mnie za pozbawionego wyższych uczuć egoistę, nie było dla mnie żadną nowością - wręcz przeciwnie, stanowiło całkiem wygodny fundament pod wszystko, co działo się między nami od dłuższego czasu. Jeśli czuła się bezpieczniej z myślą, że nie miałem już serca, nie zamierzałem wyprowadzać jej z błędu, przynajmniej dzięki temu zachowywała ten swój uroczy, najeżony dystans, który tak bardzo lubiłem skracać. Gdy wreszcie przystanęliśmy, przeznaczyłem tę jedną, krótką chwilę na to, by przyjrzeć się jej profilowi, podczas gdy ona z niezmąconą pewnością siebie budowała swoją małą, bezpieczną twierdzę z logiki. Doskonale wiedziałem, co próbowała zrobić - ta jej niezłomna, lecz naiwna wiara w to, że jeśli wmiesza się w tłum i założy maskę rozsądnej, szarej myszy, zyska absolutną wolność, była wręcz urocza - naprawdę próbowała wmówić sobie, iż udawanie przezroczystej rzeczywiście czyniło ją niewidzialną dla większości niepowołanych oczu, w tym również moich własnych. „Wygodniej dla wszystkich” - rzuciła to z taką lekkością, jakby naprawdę wierzyła, że jej mały plan wtapiania się w tło działał na kogokolwiek, a przecież bezustannie udowadnialiśmy inaczej, choćby poprzez nasze interakcje. Gdyby była tak trudna do zauważenia, czy z taką intensywnością rzuciłaby mi się w oczy? Jednocześnie irytowała, bawiła i intrygowała mnie ta jej święta wiara w to, że zlewając się z tłumem innych, całkowicie przeciętnych ludzi i udając rozsądną, zyskiwała jakąkolwiek niewidzialność. Dla mnie? Mogła mówić, co chciała, mogła też w to wierzyć z całych sił, lecz była przezroczysta w zupełnie innym sensie - może dla reszty zamku była tylko poprawną, szaro-burą Prue, ale ja widziałem każdy moment, w którym jej wzrok uciekał tam, gdzie nie powinien, i każdy fałszywy krok, który próbowała zatuszować idealną postawą - te słowa spłynęły więc po mnie bez większego wrażenia, chociaż w duchu musiałem przyznać jej punkty za upór. Nie zamierzała na tym poprzestać, przecież musiała postawić kropkę nad „i”, odgrodzić się ode mnie grubą, bardzo grubą, najgrubszą kreską i przypomnieć nam obojgu, że to, co działo się tutaj, w tym gęstym, pachnącym wilgocią lesie, było jedynie niefortunnym odstępstwem od normy. „Na szczęście nie poznasz nigdy mojej motywacji, będziesz musiał żyć w nieświadomości” - ten chłodny, niemal profesjonalny ton, którym mnie obdarzyła, z pewnością miał być ostatecznym ciosem w moją rzekomą ignorancję, lecz słyszałem to zdecydowanie zbyt wiele razy, w różnych odsłonach, by dać się tym tak po prostu - Nie wiem. W końcu cię nie losumiem. - Kiedy obruszyła się na moje słowa o powtarzaniu tego samego schematu, poczułem niemal fizyczną satysfakcję, mogąc dać jej akurat taką odpowiedź - pokręciła głową z taką dezaprobatą i oburzeniem, jakby miała przed sobą wyjątkowo opornego trolla, a ja miałem ochotę znowu parsknąć śmiechem… To była czysta potwarz dla jej dumy, Panna Doskonała Analityczka poczuła się dotknięta, bo przecież w jej świecie nic nie działo się przypadkowo, ojej, straszna sprawa.
- Czyli teraz to nie jest błąd w formule, tylko wyrafinowany sabotaż własny? - Odbiłem piłeczkę, a w moim głosie bez trudu można było wyczuć jawną satysfakcję z tego, jak łatwo dała się podpuścić. Przesunąłem dłonią po karku, odchylając głowę lekko do tyłu i wzdychając teatralnie. - Widzę, że uderzyłem w czułą strunę. - Dopowiedziałem z satysfakcją, ignorując jej zastrzeżenie, że niby nie wiedziałem, co dokładnie robiła. Zamiast jednak pójść za ciosem, uciąć tę farsę i przyprzeć ją do muru, pozwoliłem jej mówić dalej.
A potem palnęła ten swój monolog o przyszłości - o tym, że „niedługo oboje będziemy mieli spokój” - ta dziewczyna miała niesamowitą zdolność do ignorowania rzeczywistości, kiedy ta nie pasowała do jej wizji idealnego, uporządkowanego życia. Słuchałem tego z tym samym, niezmiennym rozbawieniem, które zawsze we mnie budziła, kiedy tak bardzo starała się ubrać swoje mechanizmy obronne w szaty czystej logiki, a jednak tym razem podszyte było ono dziwnym, trudnym do zdefiniowania chłodem. Spokój? Święty spokój z dala od niej? Wizja, w której Prue znikała z mojego pola widzenia, lądując w szpitalu Świętego Munga czy gdziekolwiek indziej, gdzie rzekomo wiodła ją ta jej życiowa misja, wydała mi się w tamtej chwili wręcz absurdalna. Czy ona naprawdę była aż tak ślepa? Czy naprawdę wierzyła, że nazwisko takie jak moje miało pozwolić mi po prostu zniknąć z pola widzenia ludzi z naszego wąskiego świata, albo że jej własne plany nie zostaną wciągnięte na tę samą orbitę, wokół której kręciło się całe nasze cholerne pokolenie? Co więcej, snuła te swoje ponure, ostateczne wizje teraz, kiedy wokół panowało to nieznośne gorąco, z nieba lało się żarzące letnie słońce, a przed nami rozciągały się całe miesiące wolności, z dala od chłodnych murów i wiecznego oceniania. Patrzyłem na nią kątem oka przez większą część tej przemowy z coraz bardziej podejrzliwym niedowierzaniem, bo ilekroć Prudence zaczynała tłumaczyć światu, że wszystko robi z pełną świadomością i według doskonale opracowanego planu, tym bardziej nabierałem przekonania, że za chwilę stanie się coś kompletnie nielogicznego tylko dlatego, że los uzna to za konieczne.
- Pruey, jesteś inteligentna, ale czasami twoja naiwność jest po prostu rozbrajająca. - Przerwałem jej, pozwalając, by protekcjonalny ton zatuszował to nagłe, nieprzyjemne ukłucie w klatce piersiowej, które wywołała wizja jej całkowitej nieobecności. Nie było powodu, by to teraz rozwijać, prawda, mieliśmy przed sobą tygodnie letniej laby, nie było, po co myśleć, co stanie się po szkole… Ruszyliśmy dalej w kierunku, który wyglądał obiecująco, by chwilę później stanąć nad jeziorem.
- Mhm. - Kiwnąłem głową na kąśliwe pytanie, które od niej usłyszałem, nie robiąc sobie z niego zbyt wiele, ponieważ oboje wiedzieliśmy, że żadne z nas nie miało się teraz obrócić na pięcie i odejść - skoro zabrnęliśmy aż tak daleko i zrobiliśmy to razem, mieliśmy wyjść stąd wyłącznie wspólnie, nawet jeśli mielibyśmy się do siebie nie odzywać przez całą powrotną drogę, a było to… Całkiem prawdopodobne.
Jej udawane oburzenie i to pruderyjne ściągnięcie brwi były dokładnie tym, czego potrzebowałem, żeby ostatecznie zrzucić z nas ten ciężar niedoszłej rozmowy o przyszłości po szkole. Skrzywiłem usta w tym swoim niesymetrycznym uśmiechu, który tak bardzo potrafił ją wyprowadzić z równowagi, po czym bardzo nieznacznie wzruszyłem ramionami.
- A co, wolałabyś wersję, w której zostawiły go tu leśne nimfy po ceremonialnym parzeniu herbatki? - Spytałem retorycznie, rzucając pasek na stertę ubrań. - Prudence, jesteśmy sami, nad ukrytym jeziorem, w środku lata. Co dokładnie miało mi przyjść do głowy? - Odparłem, bezczelnie szczerząc zęby i ani trochę nie przejmując się jej miną. - Może powinienem założyć, że odbywało się tu sympozjum naukowe na temat właściwości magicznych tutejszej flory? Daj spokój. Ludzie są prości, Prue. Robią głupie rzeczy w ładnych miejscach. Nie zachowuj się tak, jakbyś sama nigdy nie skorzystała z okazji. Resztę pozostawiam twojej wyjątkowo bogatej wyobraźni. - Może nie odpowiedziałem wprost na pytanie, czy tam zarzut, którym we mnie wycelowała, ale przecież była inteligentną młodą kobietą, może nawet trochę aż za bardzo…
Patrzyła na ten nieszczęsny koc, jakby próbowała wyczytać z niego intencje jego właścicieli, podczas gdy ja nie zamierzałem marnować na to ani sekundy więcej - jej wzrok wędrował po wyblakłym materiale z taką powagą, jakby badała starożytne runy, co tylko potwierdzało moją teorię o chorobliwej potrzebie analizowania wszystkiego wokół, której nie potrafiła się wyzbyć. Kiedy znowu otworzyła usta, by uraczyć mnie kolejną tyradą o tym, jak to ja „nie mam w zwyczaju kalkulować” i że „robię to, co mi się podoba, nie patrząc na otoczenie”, oparłem dłonie na biodrach i tylko pokiwałem głową, nie obdarzając jej nawet pobłażliwym spojrzeniem.
- No i jest. Zadanie wykonane. Co teraz, Pani Biolog, wracamy do biblioteki pisać raport? - Podpuściłem ją, doskonale wiedząc, jak zareaguje - w końcu w takich sytuacjach czytaliśmy z siebie nawzajem bardziej, niż którekolwiek z nas mogłoby chcieć przyznać, to była nasza poplątana nić porozumienia, toksyczna i bolesna, ale wciąż jedyna, jaka nam pozostała z dawnych lat - wiedziałem, że duma nie pozwoli jej teraz zrezygnować. Skoro przetrwała ten cholernie długi spacer w upale, logiczne i pragmatyczne wycofanie się w tym momencie uznałaby za osobistą porażkę, zwłaszcza po moich słowach o jej przesadnym kalkulowaniu. Fakt, że byliśmy poza murami Hogwartu, na tym rzekomo neutralnym gruncie, wyraźnie dodawał jej odwagi, rozluźniał gorset, który tak starannie sznurowała każdego ranka w swoim dormitorium lub w pokoju w domu rodziców. Nagle wszystkie filozoficzne rozważania okazały się mniej istotne od faktu, że Prudence Bletchley stała nad wodą i próbowała przekonać samą siebie, że naprawdę zamierza do niej wejść. Zaczęła jednak od zamoczenia tylko kawałka ciała, testowo, a jakże… Zrobiła to tak ostrożnie, jakby z głębin miał wyskoczyć co najmniej utopiec, druzgotek albo pławidło. Aż mnie świerzbiło, żeby wytknąć jej to bezczelne kłamstwo z „przyjemną wodą”, ale postanowiłem milczeć, delektując się spektaklem.
A potem zaczęła zdejmować sukienkę i… Nagle okazało się, że jezioro nie jest już najciekawszym elementem krajobrazu. To miejsce miało w sobie coś niepokojącego, jasne, ale w tej chwili mało mnie to obchodziło, nie miałem też zamiaru wciskać komukolwiek, że nagle zainteresowały mnie korony drzew czy chmury na niebie, gdy moje własne ciało natychmiast zareagowało na ten widok dostrzegalnym napięciem, które nie miało nic wspólnego z chłodem lasu i doskonale zdawałem sobie z tego sprawę. Oparłem dłonie na biodrach i obserwowałem ją bez najmniejszych wyrzutów sumienia, bo niby dlaczego miałbym udawać, że tego nie robię? Byliśmy sami, mile od kogokolwiek, słońce odbijało się od tafli wody, a Prudence Bletchley właśnie próbowała udowodnić całemu - aktualnie bardzo wąskiemu - światu, że nie potrafi się wycofać, to był dzień stworzony specjalnie dla naszej dwójki.
- Uparta kobieta. - Mruknąłem pod nosem, nie zdążywszy dodać nic głośniej, zanim wbiegła do jeziora… Pierwszy pisk wyrwał się z jej ust niemal natychmiast, a ja? Wybuchnąłem śmiechem, nie krótkim parsknięciem, prawdziwym śmiechem. Głośnym. Szczerym.
-„Całkiem przyjemna”?! Tak to teraz nazywamy?! - Nie mogłem tego tak zostawić. - Nie martw się - dodałem donośniej - jeśli zamarzniesz, postaram się wspominać cię ciepło. - Zrobiłem trzy szybkie kroki naprzód, czując mokry piasek uciekający mi spod stóp, a potem bez żadnego ostrzeżenia, bez tego całego ostrożnego badania gruntu, rzuciłem się szczupakiem w ślad za nią, rozbijając gładką, ciemną taflę jeziora na tysiące lodowatych kropel. Woda faktycznie była cholernie zimna, aż na moment zaparło mi dech w piersiach, ale gdy tylko wynurzyłem się na powierzchnię, odgarniając mokre włosy z twarzy, mój wzrok natychmiast odnalazł ją w tej chłodnej toni.
- Och, zdecydowanie wygląda na „całkiem przyjemną”! - Rzuciłem jeszcze głośniej w jej stronę, otarłem wodę z oczu i uśmiechnąłem się do niej, szeroko i zupełnie szczerze, po raz pierwszy od bardzo, bardzo długiego czasu. - Właśnie dlatego brzmisz, jakby ktoś próbował cię zamordować! - Przez tę jedną, ulotną sekundę, pośród wzburzonych fal na powierzchni lodowatej wody i palącego słońca, poczułem się tak, jakby ten cały mur między nami runął, jakbyśmy znowu byli tylko dwójką dzieciaków, które uciekły przed całym światem, by robić głupie rzeczy w ładnych miejscach.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)