Burza nie wydawała się Leviathanowi tak problematyczna, jak można by się tego spodziewać. Domyślał się, że chmury zagotowałyby się im nad głowami, ale jego stateczność i ostrożność zawsze miała swój kres – zwykle właśnie gwałtowny i dość impulsywny. Jakby nagle stawał się rozdrażniony na tyle, by nie móc powstrzymać się od rażeniem gromem tego, kto stanąłby mu na drodze.
Skrzywił się odrobinę, słysząc jej deklarację. Nie na sam fakt, że w ogóle tej czarnej krwi smakowała, a jak obrzydliwe mu się to w ogóle wydawało. Coś, co miało nieść życie i z reguły było ciepłe, w ciele Louvaina otrzymywało temperaturę czegoś gorszego niż nadgniły trup. Jego wycieczka do limbo i powrót z niego sprawił, że stał się chodzącym nieumarłym, który zdawał się żyć i oddychać bardziej dla zasady, albo jakby chciał sprzeniewierzyć się wszystkiemu co dla czarodziejów było święte.
Potem słuchał jej w milczeniu. Chłonął jej słowa, koncentrując spojrzenie na palcach, które poruszały się ospale po jego przedramieniu. Mówiła prawdę i samą prawdę, ale w jakiś sposób w jego głowie równoznaczne to było z bezradnością w tym momencie. Gniew, który wzbudził w nim Louvain, nie mógł znaleźć odpowiedniego ujścia, zablokowany rozsądkiem. Bolesne doświadczenie, bo czuł się jak krokodyl któremu ktoś przejechał prętem po grzbiecie, a on nie mógł odgryźć za to ręki.
— Masz rację — odpowiedział wreszcie cicho, podnosząc spojrzenie na nią. Na jej niebieskie oczy, tak podobne do niego, a jednocześnie pozbawione znamion klątwy. — Zajmiemy się tym, kiedy będziesz już stać pewnie. Kiedy będziesz wiedzieć, na czym wszystko polega — pochylił się ku niej, by ucałować ją w czoło. — Ale myślę, że można o tym powiedzieć Seisyllowi i mojemu ojcu. O Louvainie i jego wykroczeniach.
Go on, stick your bloody head in the jaws of the beast