31.05.2026, 10:36 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 31.05.2026, 10:39 przez Aaron Andrew Moody.)
Aaron skrzywił się, słysząc jak Julian przywołuje rzuconą w jego stronę obelgę. Trudno było nie uczuć gniewu, gdy słyszało się takie rzeczy. Opanował się jednak, bo w tej chwili najważniejsza była rozmowa z Julianem.
– No tak, rzucanie się na nich z pięściami na oczach wszystkich na pewno było lepszym rozwiązaniem – zauważył sucho. – Myślisz, że teraz wyglądasz na twardziela? – Aaron pokazał na otaczający podbite oko siniak, ciemniejący powoli na twarzy Julka. Nic dziwnego, w pojedynkę rzucił się na trzech starszych uczniów. Szorstką była troska, która wybrzmiała w jego głosie. A jednak niewątpliwie była to troska. – Pobili cię, stary. Nie mówię tylko o twarzy. – Obita duma bolała o wiele gorzej. – Namieszali ci w głowie, a to jest jeszcze gorsze. To, że pozwoliłeś, żeby ruszyło cię to, co gada to ścierwo.
Nie było nic gorszego niż to. Gdy ktoś zdołał przeniknąć do wnętrza twojej głowy. Wiedział, że potężni czarnoksiężnicy są w stanie dokonać tego za pomocą legilimencji, ale nie potrzeba było przecież magii, żeby na kogoś wpłynąć. Jakie to było głupie, że wyrzucał sobie na przykład, że nie został prefektem! Ojciec strasznie go o to maglował, chociaż Aaron prefektury wcale nie chciał. Nie wyobrażał sobie gorszej fuchy, a pomagał przecież w wakacje na budowie u stryjka… A jednak poczuł się zawiedzionym, gdy nie otrzymał odznaki. Nie znosił tego uczucia. Tego, że żałował utraty czegoś, czego nigdy w pierwszym miejscu nie chciał, dlatego tylko, że w głowie słyszał głos powtarzający mu, że jest porażką. Żeby był to chociaż głos ojca, ale nie, głos był jego własnym. W którymś momencie różnica się zatarła, dawno już przestał się zastanawiać, w którym. Wiedział jedynie, że zinternalizować cudzy głos było niebezpiecznym. Wystarczyło spojrzeć na chłopaków, z którymi pobił się Julian. Wytrącili go z równowagi, sprowokowali do konfrontacji na własnych warunkach… Zostawili go nie tyle z podbitym okiem, co z poczuciem upokorzenia i bezsilności.
To nie tak, że Aaron wzdragał się przed przemocą.
W jego oczach Julian popełnił błąd nie dlatego, że uderzył, ale dlatego, że pozwolił komuś innemu zdecydować, kiedy, i jak to zrobi. Aaron prawdopodobnie nie zrobiłby tym chłopakom niczego na oczach nauczyciela. Nie rzuciłby się na nich w impulsie. Nie dlatego, że się bał, lecz dlatego, że uważał to za marną strategię. Nie pozwoliłby sobie na utratę kontroli. Nie, Aaron uczył się na własnych błędach. Skończył w tym roku szesnaście lat, więc miał się już za wielce dorosłego, a przynajmniej na takiego chciał pozować. Zapamiętałby nazwiska tych chłopaków, wywiedziałby się, z kim trzymają. Gdzie bywają. Czego się boją. Zaczekałby na odpowiedni moment, taki, w którym przewaga należałaby do niego. Zrobiłby to tak, żeby pamiętali o tym długo, ale jednocześnie tak, żeby samemu uniknąć konsekwencji.
Julian działał impulsywnie. Aaron działał systemowo.
Przewrócił kartki leżącej przed Julianem książki do historii magii, jak gdyby chciał zorientować się w temacie, który chłopak akurat przerabiał. Ach, bunty goblinów. Rzeczywiście, dużo mówiło się o nich na czwartym roku. Postukał palcem w nagłówek rozdziału.
– Nihil novi. Nic nowego.
Było takie powiedzenie, że społeczeństwa nieznające własnej historii są skazane na jej powtarzanie. Bo wszystko w historii się przecież powtarzało. Cywilizacje powstawały i upadały w niekończącym się cyklu plag, wojen i przewrotów. Czym dyskryminacja goblinów różniła się od rasizmu wobec mugolaków i ludzi niemagicznych? Czym od pogardy wobec wilkołaków? To nie były osobne zjawiska, lecz kolejne odsłony tego samego mechanizmu nienawiści. Nienawiści wobec wszystkiego, co uznane za obce albo zwyczajnie odmienne.
– No tak, rzucanie się na nich z pięściami na oczach wszystkich na pewno było lepszym rozwiązaniem – zauważył sucho. – Myślisz, że teraz wyglądasz na twardziela? – Aaron pokazał na otaczający podbite oko siniak, ciemniejący powoli na twarzy Julka. Nic dziwnego, w pojedynkę rzucił się na trzech starszych uczniów. Szorstką była troska, która wybrzmiała w jego głosie. A jednak niewątpliwie była to troska. – Pobili cię, stary. Nie mówię tylko o twarzy. – Obita duma bolała o wiele gorzej. – Namieszali ci w głowie, a to jest jeszcze gorsze. To, że pozwoliłeś, żeby ruszyło cię to, co gada to ścierwo.
Nie było nic gorszego niż to. Gdy ktoś zdołał przeniknąć do wnętrza twojej głowy. Wiedział, że potężni czarnoksiężnicy są w stanie dokonać tego za pomocą legilimencji, ale nie potrzeba było przecież magii, żeby na kogoś wpłynąć. Jakie to było głupie, że wyrzucał sobie na przykład, że nie został prefektem! Ojciec strasznie go o to maglował, chociaż Aaron prefektury wcale nie chciał. Nie wyobrażał sobie gorszej fuchy, a pomagał przecież w wakacje na budowie u stryjka… A jednak poczuł się zawiedzionym, gdy nie otrzymał odznaki. Nie znosił tego uczucia. Tego, że żałował utraty czegoś, czego nigdy w pierwszym miejscu nie chciał, dlatego tylko, że w głowie słyszał głos powtarzający mu, że jest porażką. Żeby był to chociaż głos ojca, ale nie, głos był jego własnym. W którymś momencie różnica się zatarła, dawno już przestał się zastanawiać, w którym. Wiedział jedynie, że zinternalizować cudzy głos było niebezpiecznym. Wystarczyło spojrzeć na chłopaków, z którymi pobił się Julian. Wytrącili go z równowagi, sprowokowali do konfrontacji na własnych warunkach… Zostawili go nie tyle z podbitym okiem, co z poczuciem upokorzenia i bezsilności.
To nie tak, że Aaron wzdragał się przed przemocą.
W jego oczach Julian popełnił błąd nie dlatego, że uderzył, ale dlatego, że pozwolił komuś innemu zdecydować, kiedy, i jak to zrobi. Aaron prawdopodobnie nie zrobiłby tym chłopakom niczego na oczach nauczyciela. Nie rzuciłby się na nich w impulsie. Nie dlatego, że się bał, lecz dlatego, że uważał to za marną strategię. Nie pozwoliłby sobie na utratę kontroli. Nie, Aaron uczył się na własnych błędach. Skończył w tym roku szesnaście lat, więc miał się już za wielce dorosłego, a przynajmniej na takiego chciał pozować. Zapamiętałby nazwiska tych chłopaków, wywiedziałby się, z kim trzymają. Gdzie bywają. Czego się boją. Zaczekałby na odpowiedni moment, taki, w którym przewaga należałaby do niego. Zrobiłby to tak, żeby pamiętali o tym długo, ale jednocześnie tak, żeby samemu uniknąć konsekwencji.
Julian działał impulsywnie. Aaron działał systemowo.
Przewrócił kartki leżącej przed Julianem książki do historii magii, jak gdyby chciał zorientować się w temacie, który chłopak akurat przerabiał. Ach, bunty goblinów. Rzeczywiście, dużo mówiło się o nich na czwartym roku. Postukał palcem w nagłówek rozdziału.
– Nihil novi. Nic nowego.
Było takie powiedzenie, że społeczeństwa nieznające własnej historii są skazane na jej powtarzanie. Bo wszystko w historii się przecież powtarzało. Cywilizacje powstawały i upadały w niekończącym się cyklu plag, wojen i przewrotów. Czym dyskryminacja goblinów różniła się od rasizmu wobec mugolaków i ludzi niemagicznych? Czym od pogardy wobec wilkołaków? To nie były osobne zjawiska, lecz kolejne odsłony tego samego mechanizmu nienawiści. Nienawiści wobec wszystkiego, co uznane za obce albo zwyczajnie odmienne.
I am the righteous hand of Justice
and I am ready to strike in her name
and I am ready to strike in her name