31.05.2026, 18:33 ✶
Aura Hannibala, zwykle płonąca mieszanką czerwieni i pomarańczu, dziś była nieco przytłumiona. Coś - być może obecność rodziny w dość formalnym, świątecznym składzie i wydaniu - wywołała na powierzchnię żółtawe i szarozielone przebłyski. Efekt kolorystyczny był zgoła nieprzyjemny. Coś ewidentnie zajmowało myśli najmłodszego kuzyna Jonathana. Mogła to być rozmowa o nadchodzącej premierze, jakieś kwestie prywatne, ale równie dobrze mogły to być kolejne pomysły na ożywienie atmosfery przy stole i sprowokowanie oburzenia zebranych.
- Jestem pewien, że nie ma paragrafu nakazującego nazywanie ludzi wujkami wbrew ich woli! - zaczął odpowiadać Jonathanowi, ale jednak zwrócił się niepewnie do Roberta - Prawda?
Odpowiedź Anemone wywołała jego szeroki uśmiech i chwilowy rozbłysk żywszych barw w aurze. Aktor ewidentnie czuł nić porozumienia z wiekową ciotką.
- Bicz? Ale taki prawdziwy? - Enid oczywiście podchwyciła najmniej odpowiedni fragment wypowiedzi. Hannibal napotkał ponad stołem jej świdrujące spojrzenie. Nadział na widelec szparaga i podniósł go do ust, ale jak na złość, nic nie odwróciło uwagi jedenastolatki.
- No jasne, że nieprawdziwy, przecież to tylko teatr! Jest miękki, nikomu nie robi krzywdy! - uśmiechnął się, czując na sobie karcący wzrok Roberta. Nie bardzo wiedział, co niby niewłaściwego było w fakcie istnienia bicza-rekwizytu, no ale on wychowywał się na backstage’u i rekwizytornia była jednym z ulubionych miejsc zabaw jego i Mony, a wspólna garderoba - przeciekawym źródłem wiedzy o świecie. Może zresztą to Robert był nadopiekuńczy.
(Przypomniał sobie, jak mając osiem lat posłyszał rozmowę dwóch artystek o trzeciej, a potem zapytał ojca, gdzie można dostać te lody co robi ciocia Effie każdemu, kto nosi nazwisko Selwyn i wzdrygnął się. Może jego kuzyn miał jednak trochę racji.)
- Hannibalu, nie zdradzaj szczegółów dzieła przed premierą! - upomniał go ojciec.
- Widzisz? nie mogę zdradzić nic więcej, moje usta zostały zamknięte pieczęcią tajemnicy! - uczepił się tej mniej lub bardziej celowo podsuniętej deski ratunku i dla lepszego zobrazowania, jak to absolutnie i nieodwracalnie zmuszony jest do milczenia, wepchnął do ust kolejnego szparaga.
A więc Robert zabiera Monę na premierę… Z jednej strony to brzmiało jak dobry pomysł, Mona z własnej woli pewnie nie wybrałaby się na tak kontrowersyjną sztukę. Nigdy nie lubiła tego całego symbolizmu, “wydziwiania”, jak je nazywała. Z drugiej… nudy! Hannibal miał nadzieję, że wokół któregoś z kuzynów wreszcie zakręci się ktoś godny zainteresowania.
- A ty, Jonathan? Sam? Już całkiem ożeniłeś się z pracą? - zagaił, kiedy przełknął i znów mógł mówić.
- Jestem pewien, że nie ma paragrafu nakazującego nazywanie ludzi wujkami wbrew ich woli! - zaczął odpowiadać Jonathanowi, ale jednak zwrócił się niepewnie do Roberta - Prawda?
Odpowiedź Anemone wywołała jego szeroki uśmiech i chwilowy rozbłysk żywszych barw w aurze. Aktor ewidentnie czuł nić porozumienia z wiekową ciotką.
- Bicz? Ale taki prawdziwy? - Enid oczywiście podchwyciła najmniej odpowiedni fragment wypowiedzi. Hannibal napotkał ponad stołem jej świdrujące spojrzenie. Nadział na widelec szparaga i podniósł go do ust, ale jak na złość, nic nie odwróciło uwagi jedenastolatki.
- No jasne, że nieprawdziwy, przecież to tylko teatr! Jest miękki, nikomu nie robi krzywdy! - uśmiechnął się, czując na sobie karcący wzrok Roberta. Nie bardzo wiedział, co niby niewłaściwego było w fakcie istnienia bicza-rekwizytu, no ale on wychowywał się na backstage’u i rekwizytornia była jednym z ulubionych miejsc zabaw jego i Mony, a wspólna garderoba - przeciekawym źródłem wiedzy o świecie. Może zresztą to Robert był nadopiekuńczy.
(Przypomniał sobie, jak mając osiem lat posłyszał rozmowę dwóch artystek o trzeciej, a potem zapytał ojca, gdzie można dostać te lody co robi ciocia Effie każdemu, kto nosi nazwisko Selwyn i wzdrygnął się. Może jego kuzyn miał jednak trochę racji.)
- Hannibalu, nie zdradzaj szczegółów dzieła przed premierą! - upomniał go ojciec.
- Widzisz? nie mogę zdradzić nic więcej, moje usta zostały zamknięte pieczęcią tajemnicy! - uczepił się tej mniej lub bardziej celowo podsuniętej deski ratunku i dla lepszego zobrazowania, jak to absolutnie i nieodwracalnie zmuszony jest do milczenia, wepchnął do ust kolejnego szparaga.
A więc Robert zabiera Monę na premierę… Z jednej strony to brzmiało jak dobry pomysł, Mona z własnej woli pewnie nie wybrałaby się na tak kontrowersyjną sztukę. Nigdy nie lubiła tego całego symbolizmu, “wydziwiania”, jak je nazywała. Z drugiej… nudy! Hannibal miał nadzieję, że wokół któregoś z kuzynów wreszcie zakręci się ktoś godny zainteresowania.
- A ty, Jonathan? Sam? Już całkiem ożeniłeś się z pracą? - zagaił, kiedy przełknął i znów mógł mówić.