Był czas, że Victoria trochę się kryła z tą swoją miłością do czekolady, nie chcąc wychodzić na jakiegoś łasucha, ale te ostatnie pół roku było tak gorzkie, że jakoś trzeba było sobie to życie osładzać. Nie bała się o zbędne kilogramy – ruchu w pracy miała sporo, a poza tym na przełomie maja i czerwca była tak zestresowana, że schudła, o czym zresztą mówiła Christopherowi, gdy w lipcu rozmawiali o tym, by Victoria została modelką do jesiennej kolekcji specjalnej. Teraz wyglądała już lepiej niż w lipcu i na szczęście daleko było do tego, by miało to pójść w drugą stronę. Więc czekolady nie odmawiała. Ani ogólnie większości ciastek i ciasteczek.
– Hmm, no w sumie – zamruczała nad tą nagłą myślą, w której Victorię oświeciło skąd kojarzyła Lukasa i gdy Christopher uświadomił jej, że faktycznie przez siedem lat dzielił dormitorium aż z czterema. Łatwo było jej zapomnieć, że Bulstrode kiedyś tyle latał i się chełpił, nie mówiąc o jej kuzynie, który przecież do czasu grał profesjonalnie. Natomiast w jej własnej teorii tu nie chodziło o graczy quidditcha, których iloraz inteligencji spadał do tego najmniej lotnego z grupy, tylko ogólnie o mężczyzn w grupie: bo dokładnie to zamo zjawisko zaobserwowała, gdy Stanley Borgin i Sauriel przebywali w jednym pomieszczeniu i to samo działo się również przy Aidanie i Stanleyu. Wcześniej myślała, że tym elementem obniżającym zdolności umysłowe jest Borgin, ale teraz, w obliczu słów blondyna pomyślała sobie, że to musi być jakaś grubsza sprawa i chyba po prostu chodzi o chłopów sztuk minimum dwie. Rzecz jasna nie powiedziała tego na głos, ale zrobiła taką minę, jakby właśnie przez jej głowę przebiegło dwadzieścia myśli na raz, po czym cmoknęła. – Chyba nie zaczną teraz na twój widok tupać, biegać i ryczeć, bo pewnie ich wyproszą, co? – odparła za to, a gdy szli do swojego stolika uśmiechnęła się pod nosem. – Tak, z tobą – z kim jeszcze miała tutaj niby siadać? Przyszli przecież razem i nie byli z nikim jeszcze umówieni, tak?
I z zadowoloną miną, bo sądziła, że jej odpowiedź sprawi Christopherowi jakąś przyjemność, zerknęła do podanego im menu.
– Trifle – odpowiedziała bez większego zastanowienia, przeglądając jeszcze kartę. – Ja wezmę niedzielną pieczeń, bez zupy. I herbatę. Na razie tyle – bo nawet jeśli porcje były mniejsze, to nie chciała zamówić za dużo, a potem tego jedzenia marnować. Również sięgnęła do koszyczka ze słodyczami.
– Ładnie tu – stwierdziła w końcu, spoglądając na to, co wyłowiła. – Widzisz? Martwiłeś się niepotrzebnie.
!Słodycze Bertiego