Krzyki ojca rozeszły się po Prawach Czasu, nie docierając do niej z tego prostego powodu, że była w łazience. Było to niewątpliwie ciekawe doświadczenie, być zajętą w takim miejscu i słyszeć jak Vakel rozpaczliwie domaga się jej obecności. Kiedy jednak wyszła i poszła do pokoju, z którego miała wrażenie że ją woła, nie zastała nikogo. Tylko dynie. Ładną, dorodną, pomarańczową dynię. I faktycznie nie wiedziała co z nią zrobić. Na szczęście Vakel zaraz wrócił, w towarzystwie Peregrinusa i zaraz dowiedziała się, po co im było to wielgachne warzywo.
Miała z niego zrobić lampion.
Dziewczyna zmarszczyła lekko brwi, oglądając się za ojcem, który złapał za Czarownicę i rozsiadł się w fotelu. Potem jej spojrzenie pomknęło w stronę Trelawneya, jakby ten miał jej powiedzieć coś więcej w tym temacie. A na sam koniec wróciła do nieszczęsnej dyni. No dobra, miała kroić to kroić będzie. Wzięła nóż i coś do wyskrobywania z wnętrza miąższu. Rozcięła dynię, a potem zaczęła ją oczyszczać, narzędzie wprawiając w ruch zaklęciem i nadzorując jego pracę.
// jak mi idzie chce wiedzieć już!! rzemiosło ◉◉◉○○ na dynie vakela
Sukces!
Szło jej całkiem dobrze i sprawnie, chociaż nie można było powiedzieć, że przesadnie się z całym zadaniem śpieszyła. — Robiłam sobie ten test i wyszło mi, że powinnam wyjść za Rookwooda — tak naprawdę to jej wyszło, że powinna wyjść za Dolohova, ale jeszcze tak mocno na głowę nie upadła. A za Rookwooda… oh, mogłaby za niego wyjść. Bo czego mieć nie mogła, tym bardziej chciała.
Or was he fated from the start
to live for just one fleeting instant,
within the purlieus of your heart.