Coś tam obiło jej się o uszy w sprawie jakiegoś Londyńskiego Uniwersytetu, coś o Vakelu, o Ministrze, o Anthonym, ale prawdę mówiąc szybko zdążyła o tym zapomnieć. Jej uwagę skupiły najpierw tajemnicze czarne róże w rodzinnym ogrodzie, później Spalona Noc… Następnie jej dom na Pokątnej, w którym działy się tak dziwne i niepokojące rzeczy (sumarycznie), że musiała skupić się na tym, by jak najszybciej się stamtąd wynieść, bo nie chciała narażać swoich sióstr, ani w ogóle nikogo. Wszystko to przeplatało się ze sobą i skutecznie wywiało jej z głowy plotki z początku września. Zresztą skąd miała wiedzieć, że po fiasku jakim była próba dogadania się z Eugenią Jenkins, Vakel wziął sprawy w swoje ręce, i organizował prywatną akademię – no nie miała prawa tego wiedzieć, tym bardziej, że jej zainteresowania nie bardzo kręciły się wokół wróżbiarstwa, numerologii, astrologii i Trzeciego Oka. W jej kompetencjach leżały eliksiry i wszystko co z nimi związane. I owszem, myślała o tym, by napisać artykuł naukowy na temat wampirów i eliksirów, jakie mogłyby pomóc im w egzystencji, bo miała przecież całkiem niezlą bazę: swoje własne doświadczenie i eksperymenty, ale od myśli i nieposkładanych w całość notatek, daleko było do sensownego tekstu, nad którym pisaniem niezbyt się znała. Choć może w wolnej chwili poskłada to w całość i poprosi kogoś o zrecenzowanie… Może własną babcię.
To były jednak plany niekonkretne i na później.
Teraz zaś… Vakel wyjrzał ze swojego gabinetu i wyglądał jak zawsze: pewien tego, co robi, pewien siebie, w jakiś sposób nawet wesoły. Jego kamienica wyglądała dobrze, ale też nie wszystko w Londynie spłonęło doszczętnie, jej własne do niedawna lokum (choć ciągle była w trakcie przeprowadzki, czas czas czas…) ucierpiało tylko z zewnątrz i po pięknym bluszczu może i nie było śladu, ale w środku było bez zmian. Tutaj zaś praca wrzała i gdy czekała na mistrza Dolohova, kilka razy nawet minęli ją jacyś pracownicy zajmujący się wystrojem pomieszczeń.
– Nie będę ukrywać, że jestem zestresowana. Kiepski czas – przyznała, chociaż nie od razu zrozumiała o co mu chodziło z tą dwudziestką-dwójką. W pierwszej i odruchowej myśli miała ochotę go poprawić, bo miała przecież lat dwadzieścia siedem, ale na szczęście rozum szybko załapał, że chodziło o numerologiczną dwudziestkę-dwójkę. Victoria uczyła się w szkole numerologii, z obowiązkowych dodatkowych przedmiotów na trzecim roku wybrała (żadne zaskoczenie) opiekę nad magicznymi stworzeniami, wróżbiarstwo (z którego zrezygnowała po roku) i numerologię (którą kontynuowała); mugoloznawstwo nigdy ją nie interesowało (i pewnie rodzina by się oburzyła, gdyby je wybrała), a starożytne runy to nie był w ogóle jej konik. Ale jednak nie myślała na co dzień o numerologicznych aspektach liczb. – Była całkiem interesująca. I jestem też teraz przekonana, że to, czego doświadczyłam, rzeczywiście mogło być takim właśnie doświadczeniem – powiedziała, podając mu książkę i uśmiechnęła się lekko. – Czemu nie? Herbata na pewno nie zaszkodzi – chyba, że Vasilij zobaczy na jej dnie w fusach coś okropnego…
Tymczasem Dolohova nawiedziło wrażenie. A może bardziej przeczucie. Przeczucie, że powinien wyjść teraz ze swojego domu i przejść na skrzyżowanie Horyzontalnej z Pokątną, bo jego obecność tam, dzisiaj, teraz, może coś zmienić. Dziewczynka, jakiś dziwny facet…