02.06.2026, 14:48 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 02.06.2026, 15:03 przez Hannibal Selwyn.)
Podziemia włoskiej szkoły magii i czarodziejstwa wbrew obawom Hannibala okazały się nie być katakumbami, ani nawet lochami. W miarę wędrówki Selwyn przestał nawet nasłuchiwać odgłosu zatrzaskującego się przejścia, na czym łapał się od czasu do czasu mimo własnoręcznie wyczarowanej strefy ciszy. Dzięki uważnym oczom Ceolsige, pradawne pułapki były raczej mijaną ciekawostką, niż realnym zagrożeniem i młodzieniec zaczął czuć się niemal jak na wycieczce. Zaglądał więc ciekawie do mijanych pomieszczeń, uważając, by nie odłączyć się od niewielkiej grupy i nie zboczyć z wskazanej przez starszą czarownicę ścieżki.
Duchy czy nie duchy, ta eksploracja ruin nie jest wcale taka straszna, pomyślał.
Już miał zapytać Hestię, jak udał się jej plener z Henrym, kiedy nad ich głowami rozległ się rumor.
Hannibal poczuł drżenie podłogi pod nogami. Jego mięśnie, wciąż jak się okazało czekające na okazję do paniki, odpowiedziały niemal bolesnym spięciem. Wypuścił gwałtownie powietrze z płuc i, ściskając mocniej kij bejsbolowy, rozejrzał się po ścianach i tonącym w półmroku suficie.
- Myślicie, że znowu coś wybuchło? - zapytał niepewnie.
Gdy korytarz stał się zbyt wąski, by podróżować obok siebie, a Hestia wysunęła się odważnie na czoło grupy, zacisnął tylko usta i ruszył za nią. Starał się trzymać blisko i w razie czego być gotów do reakcji na niebezpieczeństwo albo choćby podtrzymania dziewczyny, gdyby się potknęła. Tu nie wystarczyło już światło latarni Peregrinusa, Selwyn spróbował zatem ukształtować własny lampion.
Być może udałoby mu się lepiej, gdyby nie wsunął różdżki w tę samą dłoń, co kij. Wyczarowany lampion dawał nikłe światło i unosił się nierówno, zawadzając co chwila o sufit lub ścianę. Autor zaklęcia skrzywił się z niezadowoleniem i spróbował ustabilizować swoje dzieło.
Światło rozbłysło mocniej, a lampion posłusznie zajął miejsce nad głową Hestii, oświetlając jej drogę. Hannibal mruknął "No!" i ruszył dalej.
Do jego nosa, przyzwyczajonego już do wszechobecnego zapachu kurzu, ziemi i soli, dotarł jakiś nowy zapach. Atmosfera podziemi - bardziej w tym momencie przypominających jaskinię, niż legitne szkolne lochy - generalnie daleka była od różanego ogrodu albo perfumerii, ale nowa woń, choć słaba, wyrożniała się nawet na jej tle.
- Czujecie to? - szepnął, węsząc dookoła i krzywiąc się z niesmakiem.
Duchy czy nie duchy, ta eksploracja ruin nie jest wcale taka straszna, pomyślał.
Już miał zapytać Hestię, jak udał się jej plener z Henrym, kiedy nad ich głowami rozległ się rumor.
Hannibal poczuł drżenie podłogi pod nogami. Jego mięśnie, wciąż jak się okazało czekające na okazję do paniki, odpowiedziały niemal bolesnym spięciem. Wypuścił gwałtownie powietrze z płuc i, ściskając mocniej kij bejsbolowy, rozejrzał się po ścianach i tonącym w półmroku suficie.
- Myślicie, że znowu coś wybuchło? - zapytał niepewnie.
Gdy korytarz stał się zbyt wąski, by podróżować obok siebie, a Hestia wysunęła się odważnie na czoło grupy, zacisnął tylko usta i ruszył za nią. Starał się trzymać blisko i w razie czego być gotów do reakcji na niebezpieczeństwo albo choćby podtrzymania dziewczyny, gdyby się potknęła. Tu nie wystarczyło już światło latarni Peregrinusa, Selwyn spróbował zatem ukształtować własny lampion.
Kształtowanie - chcę wyczarować lampion
Rzut Z 1d100 - 38
Słaby sukces...
Słaby sukces...
Być może udałoby mu się lepiej, gdyby nie wsunął różdżki w tę samą dłoń, co kij. Wyczarowany lampion dawał nikłe światło i unosił się nierówno, zawadzając co chwila o sufit lub ścianę. Autor zaklęcia skrzywił się z niezadowoleniem i spróbował ustabilizować swoje dzieło.
Kształtowanie - poprawiam lampion
Rzut Z 1d100 - 96
Sukces!
Sukces!
Światło rozbłysło mocniej, a lampion posłusznie zajął miejsce nad głową Hestii, oświetlając jej drogę. Hannibal mruknął "No!" i ruszył dalej.
Do jego nosa, przyzwyczajonego już do wszechobecnego zapachu kurzu, ziemi i soli, dotarł jakiś nowy zapach. Atmosfera podziemi - bardziej w tym momencie przypominających jaskinię, niż legitne szkolne lochy - generalnie daleka była od różanego ogrodu albo perfumerii, ale nowa woń, choć słaba, wyrożniała się nawet na jej tle.
- Czujecie to? - szepnął, węsząc dookoła i krzywiąc się z niesmakiem.