To był wielki dzień, bo oto Zaklęta Łyżeczka miała stanąć otworem! Wszyscy zaangażowani pracowali przez ostatnie dni i tygodnie, żeby wszystko dopięte było na ostatni guzik. Menu zostało wybrane, lokal przystrojony, a drzwi otwarte szeroko. Dawno nie było tak, żeby czuł chociaż najmniejszą tremę, a mimo tego dzisiejszego dnia na nowo zaznajomił się z tym stanem. Było to trochę jak klepanie po plecach starego znajomego, bo uczucie znaczyło, że robił tutaj coś ważnego.
Goście napływali do środka i Bott bardzo starał się przywitać przynajmniej większość z nich. Zajmował miejsce obok kubika, gdzie stał host, uśmiechając się ciepło do przybywających, czasem ściskając ich rękę, ale wreszcie zauważył Alastora, który stanął w progu. Bertie rozłożył ręce szeroko, jakby nagle objawiła mu się co najmniej bogini i zaraz podszedł do przyjaciela, ściskając go mocno.
— Alastorze, nawet sobie nie wyobrażasz jak bardzo się cieszę, że znalazłeś odrobinę czasu — zaczął szybko, wyraźnie podekscytowany i odsunął się z Moodym trochę na bok. — Jesteś sam? Myślałem że może złapiesz Eden albo Millie, ale nie ważne, nie ważne. Dobrze że jesteś. Mam dla ciebie specjalnie przygotowane miejsce. VIPowskie! — uśmiechnął się od ucha do ucha i wreszcie spojrzał niżej, na koszulę którą założył Alek. — I jeszcze ta koszula. Oh, kiedy ja ci ją dałem — wzruszył się, bo jak miałby nie, kiedy nie dość że Alastor tu przyszedł to jeszcze wystroił się specjalnie dla niego. — Chodź, pójdziemy do stolika, co ty na to?