04.06.2026, 12:16 ✶
Włosy marynarza zafalowały na delikatnym, jesiennym wietrze, a on poprawił wzorzysty pled będący jedynym, co narzucił na koszulę w celu zapewnienia sobie utrzymania ciepła w mroźny poranek. Mógłby przez to sprawić wrażenie kogoś, kto nie przywykł do tego, że zastała go jesień, ani do lasu w którym oboje się z Eugenem znajdowali. Flint jednak – może poza srebrnymi oczyma wyglądającymi wręcz sztucznie – zdawał się być jednym z czarodziejów, którym do bycia częścią Epping pozostawało jedynie porosnąć mchem.
Nie wila, nie wróżka, żadna leśna zjawa – coś pomiędzy, zawieszone na granicy bycia częścią społeczeństwa i istotą, którą Ministerstwo spróbuje sklasyfikować w swoich pełnych niejasności dokumentacjach.
– To bardzo osobiste pytanie – odpowiedział dowcipnie, tym razem nie skazując się już na przekomiczną panikę, bo nie mógł posądzić samego siebie o łgarstwo. – To też bardzo osobiste pytanie – skwitował, przystawiając przy tym pieczątkę na myśli, że stojąca obok nich (a może raczej – zamrożona w nieskończonym biegu) Zojka była w rzeczywistości czymś więcej niż posągiem. Nie podejrzewał się jednak o zdolność uczynienia z tym czegokolwiek mającego sens… Mógłby, co najwyżej, opowiedzieć o tym Victorii po powrocie do Londynu. Dotyk autorskiej różdżki mogła zdziałać cuda.
Lub przypieczętować tragiczny los. Ale gdyby tak było – cóż, tu przynajmniej i on okazałby się pomocny.
– Bellów? – Odwrócił spojrzenie w jego kierunku w sposób instynktowny. Następnie zamrugał. Spoglądał to na „posąg”, to na gagatka z termosem i dotarło do niego, że absolutnie nic się nie stało. Niebezpieczeństwo ze strony zastygłego kamienia mógł dopisać na dość obszerną listę niebezpiecznych urojeń generowanych przez podatny na takie historyjki łeb. – Miałem zapytać, czy nie znamy się przypadkiem sprzed dobrej dekady – miał wszak wrażenie, że kojarzył tę twarz, ale skąd indziej niż z Hogwartu… za dużo ich mijał i rozmawiał z ludźmi, coby kojarzyć wszystkie dzieciaki mijane na ulicach wszystkich kontynentów – ale w takim razie zakładam, iż nie!? – Był najwyraźniej kimś pełnym uprzedzeń. Nie zakładał możliwości, aby ktoś z cyrku pełnego osób z marginesu mógł otrzymać pełną edukację. Jednocześnie, chociaż srebrne oczy najwyraźniej oceniały i mapowały to co widział w swojej sieci pełnej skojarzeń, nie był wcale człowiekiem złym. Może… odrobinę podejrzliwym. – Nigdy nie odmawiam herbaty, panie Bell – przyznał, zgodnie z prawdą, kłamać przecież nie mógł – i ciekaw jestem wszystkiego zawsze, ale… czyżeście nie uciekli ze stolicy przed pożogą, jaką wam tam zgotowano? Nie zapytałeś mnie nawet o imię. – Nie zapytał też o zasobność portfela.
Nie wila, nie wróżka, żadna leśna zjawa – coś pomiędzy, zawieszone na granicy bycia częścią społeczeństwa i istotą, którą Ministerstwo spróbuje sklasyfikować w swoich pełnych niejasności dokumentacjach.
– To bardzo osobiste pytanie – odpowiedział dowcipnie, tym razem nie skazując się już na przekomiczną panikę, bo nie mógł posądzić samego siebie o łgarstwo. – To też bardzo osobiste pytanie – skwitował, przystawiając przy tym pieczątkę na myśli, że stojąca obok nich (a może raczej – zamrożona w nieskończonym biegu) Zojka była w rzeczywistości czymś więcej niż posągiem. Nie podejrzewał się jednak o zdolność uczynienia z tym czegokolwiek mającego sens… Mógłby, co najwyżej, opowiedzieć o tym Victorii po powrocie do Londynu. Dotyk autorskiej różdżki mogła zdziałać cuda.
Lub przypieczętować tragiczny los. Ale gdyby tak było – cóż, tu przynajmniej i on okazałby się pomocny.
– Bellów? – Odwrócił spojrzenie w jego kierunku w sposób instynktowny. Następnie zamrugał. Spoglądał to na „posąg”, to na gagatka z termosem i dotarło do niego, że absolutnie nic się nie stało. Niebezpieczeństwo ze strony zastygłego kamienia mógł dopisać na dość obszerną listę niebezpiecznych urojeń generowanych przez podatny na takie historyjki łeb. – Miałem zapytać, czy nie znamy się przypadkiem sprzed dobrej dekady – miał wszak wrażenie, że kojarzył tę twarz, ale skąd indziej niż z Hogwartu… za dużo ich mijał i rozmawiał z ludźmi, coby kojarzyć wszystkie dzieciaki mijane na ulicach wszystkich kontynentów – ale w takim razie zakładam, iż nie!? – Był najwyraźniej kimś pełnym uprzedzeń. Nie zakładał możliwości, aby ktoś z cyrku pełnego osób z marginesu mógł otrzymać pełną edukację. Jednocześnie, chociaż srebrne oczy najwyraźniej oceniały i mapowały to co widział w swojej sieci pełnej skojarzeń, nie był wcale człowiekiem złym. Może… odrobinę podejrzliwym. – Nigdy nie odmawiam herbaty, panie Bell – przyznał, zgodnie z prawdą, kłamać przecież nie mógł – i ciekaw jestem wszystkiego zawsze, ale… czyżeście nie uciekli ze stolicy przed pożogą, jaką wam tam zgotowano? Nie zapytałeś mnie nawet o imię. – Nie zapytał też o zasobność portfela.
Matka nadała mi takie imię,
żeby poprawnie wymawiały je tylko drzewa i wiatr
żeby poprawnie wymawiały je tylko drzewa i wiatr