04.06.2026, 22:58 ✶
Na chwilę jej nadzieje wzrosły. Rozmowy urwały się. Wpatrywała się wyczekująco w Greybacka, nie wiedząc, jakiego tak właściwie finału wyczekuje. Wystarczyłoby jej chyba odbicie tego hej. Nawet wymamrotane pod nosem, żeby miłe słowo mogła zabrać ze sobą i… pójść dalej. Pójść, ale przypomnieć sobie, że jeszcze niedawno miała inne życie, które teraz wydawało się tak szalenie odległe.
Zamiast tego dostała: nie.
Helloise nie miała swojej grupy, która by jej dodawała siły i odwagi. Miała krótki lont, roszczeniową postawę i wysokie mniemanie o sobie — tyle wystarczało. Nie potrzebowała wiele, żeby wybuchnąć i się zapomnieć.
Oblało ją obrzydliwe poczucie odrzucenia. Obrzydliwie znane, bo odrzucano ją wiele razy. I tym razem odrzucał ją ktoś taki jak, kurwa, Maddox Greyback. Był nikim, kurwa, nikim kto by się liczył w jej świecie — a i tak ją to rozjuszyło… a może właśnie dlatego.
— Pierdol się, Greyback — parsknęła pogardliwie. Wysączyła się z jej tonu złośliwość, ale i żałosny zawód. Chciała odejść, gdy dopadł ją jeden z chłopaczków ze Sfory. — A ty co…?! — warknęła, szarpiąc ramieniem, na którym zacisnęła się jego ręka.
I szarpałaby się dalej, choćby nie wiadomo jak bezskutecznie, gdyby Maddox nie zmienił zdania. Odwróciła na niego wzrok, zaciskając w złości zęby, z czego nawet nie zdawała sobie sprawy. Brało ją na ponury śmiech. Nagle mu się zachciało strugać bohatera.
— Nic mi nie skroicie, bo gówno mam. — Rowle wyrzuciła jak śmiecia fajki z kieszeni swojej sukienki. Miała na tyle instynktu, żeby nie wyrzucać różdżki. — Wy pierdolone… — sarknęła, ale brakło jej w nerwach słów. — Wy… kurwa. — Wiązanka skończyła się nędznie, mimo że oprawiona gromami ciskanymi z oczu. Nieważne, jak ciężkie przekleństwa dziewczyna wypluwała, głos jej podskoczył, stał się prawie piskliwy. Była zdenerwowana. Jak miała nie być, gdy osaczyła ją badna podpitych chłystków-bandziorów?
W tym napięciu między chłopakami Helloise rzucała się wściekle jak ryba wyłowiona z wody. Ich buczenie podjudzało ją może nawet bardziej niż Maddoxa, do którego było skierowane.
Nie potrafiła sobie radzić w stresie. Zupełnie nie potrafiła. Nie umiała reagować inaczej niż tępą, ślepą agresją, która ją tyle razy popchnęła w kłopoty. Wodziła teraz wzrokiem od jednego do drugiego nastolatka, buzowało w niej. Nie myślała o tym, że bezmyślnie zaognia sytuację, pakuje się w otwarty konflikt, w którym oni mieli przewagę liczebną. A może podświadomie do tego dokładnie dążyła. Bo gdy wybuchała, zanim jeszcze docierał do niej ból konsekwencji, zawsze znajdowała sekundy ulgi — czystej ulgi, jakby w jednej chwili opuszczało ją całe napięcie, głowa wreszcie cichła po wyrzyganiu wszystkiego, co w niej szalało.
— Co cię to obchodzi, kim jestem?! Nie twój interes, wal się — odkrzyknęła piegowatemu równie ostro.
Dzieciak szarpnął nią, a w odpowiedzi dziewczyna rzuciła się na młodszego chłopaka całym ciężarem ciała, korzystając z tego, że oboje byli prawie tych samych rozmiarów.
Jebać to. Jebać ich i jebać to, co jej zrobią.
Zamiast tego dostała: nie.
Helloise nie miała swojej grupy, która by jej dodawała siły i odwagi. Miała krótki lont, roszczeniową postawę i wysokie mniemanie o sobie — tyle wystarczało. Nie potrzebowała wiele, żeby wybuchnąć i się zapomnieć.
Oblało ją obrzydliwe poczucie odrzucenia. Obrzydliwie znane, bo odrzucano ją wiele razy. I tym razem odrzucał ją ktoś taki jak, kurwa, Maddox Greyback. Był nikim, kurwa, nikim kto by się liczył w jej świecie — a i tak ją to rozjuszyło… a może właśnie dlatego.
— Pierdol się, Greyback — parsknęła pogardliwie. Wysączyła się z jej tonu złośliwość, ale i żałosny zawód. Chciała odejść, gdy dopadł ją jeden z chłopaczków ze Sfory. — A ty co…?! — warknęła, szarpiąc ramieniem, na którym zacisnęła się jego ręka.
I szarpałaby się dalej, choćby nie wiadomo jak bezskutecznie, gdyby Maddox nie zmienił zdania. Odwróciła na niego wzrok, zaciskając w złości zęby, z czego nawet nie zdawała sobie sprawy. Brało ją na ponury śmiech. Nagle mu się zachciało strugać bohatera.
— Nic mi nie skroicie, bo gówno mam. — Rowle wyrzuciła jak śmiecia fajki z kieszeni swojej sukienki. Miała na tyle instynktu, żeby nie wyrzucać różdżki. — Wy pierdolone… — sarknęła, ale brakło jej w nerwach słów. — Wy… kurwa. — Wiązanka skończyła się nędznie, mimo że oprawiona gromami ciskanymi z oczu. Nieważne, jak ciężkie przekleństwa dziewczyna wypluwała, głos jej podskoczył, stał się prawie piskliwy. Była zdenerwowana. Jak miała nie być, gdy osaczyła ją badna podpitych chłystków-bandziorów?
W tym napięciu między chłopakami Helloise rzucała się wściekle jak ryba wyłowiona z wody. Ich buczenie podjudzało ją może nawet bardziej niż Maddoxa, do którego było skierowane.
Nie potrafiła sobie radzić w stresie. Zupełnie nie potrafiła. Nie umiała reagować inaczej niż tępą, ślepą agresją, która ją tyle razy popchnęła w kłopoty. Wodziła teraz wzrokiem od jednego do drugiego nastolatka, buzowało w niej. Nie myślała o tym, że bezmyślnie zaognia sytuację, pakuje się w otwarty konflikt, w którym oni mieli przewagę liczebną. A może podświadomie do tego dokładnie dążyła. Bo gdy wybuchała, zanim jeszcze docierał do niej ból konsekwencji, zawsze znajdowała sekundy ulgi — czystej ulgi, jakby w jednej chwili opuszczało ją całe napięcie, głowa wreszcie cichła po wyrzyganiu wszystkiego, co w niej szalało.
— Co cię to obchodzi, kim jestem?! Nie twój interes, wal się — odkrzyknęła piegowatemu równie ostro.
Dzieciak szarpnął nią, a w odpowiedzi dziewczyna rzuciła się na młodszego chłopaka całym ciężarem ciała, korzystając z tego, że oboje byli prawie tych samych rozmiarów.
Jebać to. Jebać ich i jebać to, co jej zrobią.
dotknij trawy