05.06.2026, 21:47 ✶
Próbował w jakiś sposób zamaskować narastające w nim zakłopotanie. Już przed chwilą zdążył oderwać wzrok od posągu i nic się nie wydarzyło. Każda kolejna sekunda utwierdzała go w przekonaniu o jego niezręcznej pomyłce, ale nie chciał się przecież tak po prostu do tego przyznać przed obcym człowiekiem. Niejaki Eugene mógł być kimś bardzo wylewnym jak na spotkanie dwóch kompletnie losowych dusz w głębi lasu, ale Dægberht jako doświadczony podróżnik wiedział dobrze jakiego typu zagrożenia czyhać mogły za następnym drzewem.
Ale… wyszedł już na głupka z tą swoją nadmierną ostrożnością, czyż nie? Mógłby to sobie wszystko darować i iść stąd, ale ładna buzia i smukłe ciało nie były ozdobą kogoś, kto dorósł pochylając głowę przy odpowiadaniu na pytania. Jego twarz kąpała się latami w słońcu Kairu, a on błyszczał jaśniej niż najpiękniejszy klejnot szlifowany strumieniem życiodajnej rzeki.
Flint był dokładnie tym, kogo się spodziewano po człowieku tak pięknym jak leśna zjawa – zarozumialcem. Słusznie posądzano go o narcyzm. Nie był kimś złym, właściwie to serce miał na dłoni i duszę jak skowronek, lecz upartość nie opuszczała go od kołyski na krok.
– Czy mógłbyś podać mi jeszcze kod do swojej kłódki i numer skrytki w Gringottcie? Sprawdzam coś tylko. – Zmarszczył brwi, przerzucając ciężar ciała z jednej nogi na drugą. Poprawił wpierw pled zarzucony na ramiona, następnie przerzucił przez ramię długie, falowane włosy sięgające mu bioder. Po tym geście splótł ręce na wysokości klatki piersiowej, badając cyrkowca uważnym spojrzeniem. – Moje miano tajemnicą nie jest. Dægberht Flint – bo przecież czystokrwiści zawsze przedstawiali się nazwiskiem. To należące do Flintów nosiło w sobie opowieści o statkach, smrodzie portu, knajpie w Docklands, podróżach, szkutnictwie, ale też – czego przy obecnych nastrojach politycznych przeoczyć się nie dało – pokoleń dobierania sobie żon tak, aby chronić rodzinne dziedzictwo. A ich dziedzictwem był ogień. Smocza oliwa zdolna do wypalenia wszystkiego, czego dotknęła. Paliła do cna. Bezlitośnie. Dægberht przedstawił się w pełni świadom tego, iż nosił w sobie wspomnienie szaleńczego ognia. – W kulcie Matki uważamy naiwność za cnotę, ale ja uważam, że istnieją sytuacje, kiedy jej brak jest wskazany. W czasach pogardy wielkoduszność lubi porywać do grobu, Eugene. – I z żalem stwierdził, że wolałby zastać za tymi drzewami niebezpieczeństwo. Bycie okradzionym w Epping Forest było lepsze, niż ujrzenie gorzkiej prawdy – że ci, których w Anglii mordowano mieli wiele powodów do strachu, nie ponosząc za to wszystko winy większej niż bezczelne w oczach Śmierciożerców… pragnienie życia.
Oh, Pani Księżyca, czyż oni również nie są twoimi dziećmi?
Ale… wyszedł już na głupka z tą swoją nadmierną ostrożnością, czyż nie? Mógłby to sobie wszystko darować i iść stąd, ale ładna buzia i smukłe ciało nie były ozdobą kogoś, kto dorósł pochylając głowę przy odpowiadaniu na pytania. Jego twarz kąpała się latami w słońcu Kairu, a on błyszczał jaśniej niż najpiękniejszy klejnot szlifowany strumieniem życiodajnej rzeki.
Flint był dokładnie tym, kogo się spodziewano po człowieku tak pięknym jak leśna zjawa – zarozumialcem. Słusznie posądzano go o narcyzm. Nie był kimś złym, właściwie to serce miał na dłoni i duszę jak skowronek, lecz upartość nie opuszczała go od kołyski na krok.
– Czy mógłbyś podać mi jeszcze kod do swojej kłódki i numer skrytki w Gringottcie? Sprawdzam coś tylko. – Zmarszczył brwi, przerzucając ciężar ciała z jednej nogi na drugą. Poprawił wpierw pled zarzucony na ramiona, następnie przerzucił przez ramię długie, falowane włosy sięgające mu bioder. Po tym geście splótł ręce na wysokości klatki piersiowej, badając cyrkowca uważnym spojrzeniem. – Moje miano tajemnicą nie jest. Dægberht Flint – bo przecież czystokrwiści zawsze przedstawiali się nazwiskiem. To należące do Flintów nosiło w sobie opowieści o statkach, smrodzie portu, knajpie w Docklands, podróżach, szkutnictwie, ale też – czego przy obecnych nastrojach politycznych przeoczyć się nie dało – pokoleń dobierania sobie żon tak, aby chronić rodzinne dziedzictwo. A ich dziedzictwem był ogień. Smocza oliwa zdolna do wypalenia wszystkiego, czego dotknęła. Paliła do cna. Bezlitośnie. Dægberht przedstawił się w pełni świadom tego, iż nosił w sobie wspomnienie szaleńczego ognia. – W kulcie Matki uważamy naiwność za cnotę, ale ja uważam, że istnieją sytuacje, kiedy jej brak jest wskazany. W czasach pogardy wielkoduszność lubi porywać do grobu, Eugene. – I z żalem stwierdził, że wolałby zastać za tymi drzewami niebezpieczeństwo. Bycie okradzionym w Epping Forest było lepsze, niż ujrzenie gorzkiej prawdy – że ci, których w Anglii mordowano mieli wiele powodów do strachu, nie ponosząc za to wszystko winy większej niż bezczelne w oczach Śmierciożerców… pragnienie życia.
Oh, Pani Księżyca, czyż oni również nie są twoimi dziećmi?
Matka nadała mi takie imię,
żeby poprawnie wymawiały je tylko drzewa i wiatr
żeby poprawnie wymawiały je tylko drzewa i wiatr