05.06.2026, 23:23 ✶
Hannibal wyłonił się z korytarza tuż za Hestią. Dźwięk, jaki wydał z siebie na widok potwornej ludzko-rybiej hybrydy nie przypominał niczego, co kiedykolwiek opuściło jego usta - i to samo w sobie było już nie lada wyczynem.
- Co to, kurwa, jest?! - wyszeptał ze zgrozą, niemal upuszczając kij i różdżkę. Przyklejony plecami do ściany tuż przy wejściu do tunelu, niezdolny do cofnięcia się albo postąpienia naprzód, wpatrywał się w monstrum z przerażeniem.
- Ona… czy… ona… - wybełkotał, kiedy jego oczy spoczęły na twarzy, która wydawała się najświeższym dodatkiem do obrzydliwego zestawu.
Czy ona… żyje?…
Ogony i kończyny, ramiona i włosy, i macki. Oczy, tak wiele oczu. Ten gniew, ten głód, ten roztapiający jakiekolwiek składne myśli strach…
Czuł się brudny od samego patrzenia, a jednak chłonął widok przed sobą tak samo, jak chłonie się katastrofę kolejową. Świadomość, że to kiedyś byli ludzie, kobiety, może całkiem niedawno miała posmak szaleństwa.
I ten śpiew. Bogowie.
Zbyt łagodny na to miejsce, zbyt harmonijny, jak na ciało, z którego się wydobywał.
Przynajmniej śpiewa ładnie, wypluł wreszcie szwankujący umysł Selwyna.
Myśl wydawała się jego własna i być może to było nawet gorsze, niż gdyby oznaczała początki opętania.
Ruch w okolicach skobla umknąłby jego uwadze, gdyby nie szybka reakcja Hestii. Hannibal niemal podskoczył, kiedy zaklęcie czarownicy poleciało w stronę stworzenia. Wyrwany ze stuporu, oderwał oczy od wykrzywionej w agonii, najmłodszej kobiety i najpierw podążył spojrzeniem za ruchem zwierzęcia - do skobla i wzdłuż łańcucha do (Merlinie, miej litość) abominacji na ołtarzu, starannie omijając tym razem ludzkie twarze, a potem obejrzał się na dwójkę starszych czarodziejów.
- Co-co-co teraz? Coś trzeba zrobić, ratować ją? Je?… uhh… to?… - wyjąkał, choć instynkt wołał wniebogłosy, by odwrócić się, ruszyć z powrotem korytarzem na powierzchnię i udawać, że ostatnie minuty nigdy się nie wydarzyły.
- Co to, kurwa, jest?! - wyszeptał ze zgrozą, niemal upuszczając kij i różdżkę. Przyklejony plecami do ściany tuż przy wejściu do tunelu, niezdolny do cofnięcia się albo postąpienia naprzód, wpatrywał się w monstrum z przerażeniem.
- Ona… czy… ona… - wybełkotał, kiedy jego oczy spoczęły na twarzy, która wydawała się najświeższym dodatkiem do obrzydliwego zestawu.
Czy ona… żyje?…
Ogony i kończyny, ramiona i włosy, i macki. Oczy, tak wiele oczu. Ten gniew, ten głód, ten roztapiający jakiekolwiek składne myśli strach…
Czuł się brudny od samego patrzenia, a jednak chłonął widok przed sobą tak samo, jak chłonie się katastrofę kolejową. Świadomość, że to kiedyś byli ludzie, kobiety, może całkiem niedawno miała posmak szaleństwa.
I ten śpiew. Bogowie.
Zbyt łagodny na to miejsce, zbyt harmonijny, jak na ciało, z którego się wydobywał.
Przynajmniej śpiewa ładnie, wypluł wreszcie szwankujący umysł Selwyna.
Myśl wydawała się jego własna i być może to było nawet gorsze, niż gdyby oznaczała początki opętania.
Ruch w okolicach skobla umknąłby jego uwadze, gdyby nie szybka reakcja Hestii. Hannibal niemal podskoczył, kiedy zaklęcie czarownicy poleciało w stronę stworzenia. Wyrwany ze stuporu, oderwał oczy od wykrzywionej w agonii, najmłodszej kobiety i najpierw podążył spojrzeniem za ruchem zwierzęcia - do skobla i wzdłuż łańcucha do (Merlinie, miej litość) abominacji na ołtarzu, starannie omijając tym razem ludzkie twarze, a potem obejrzał się na dwójkę starszych czarodziejów.
- Co-co-co teraz? Coś trzeba zrobić, ratować ją? Je?… uhh… to?… - wyjąkał, choć instynkt wołał wniebogłosy, by odwrócić się, ruszyć z powrotem korytarzem na powierzchnię i udawać, że ostatnie minuty nigdy się nie wydarzyły.
Percepcja - czy skojarzę którąś z kobiet jako donnę Annę (może w folderze reklamowym widziałem)?
Rzut N 1d100 - 81
Sukces!
Sukces!
Percepcja - przyglądam się łańcuchom - czy przytrzymują monstrum? Czy stwór może zleźć z ołtarza? Czy skobel i łańcuch wytrzymają?
Rzut N 1d100 - 43
Słaby sukces...
Słaby sukces...