06.06.2026, 22:53 ✶
– Może być opis deski w wozie, pod którą trzymasz skarpetę z knutami, jeśli skrytka nie jest czymś, co odpowiednio rezonuje z twoją wyobraźnią.
Jego głos daleki był od szorstkości, ale mówił tego też tonem sugerującym, że w jakiś sposób żartuje lub ironizuje sytuację. Brzmiał szczerze i dzielił się tymi uszczypnięciami nie tracąc pięknej barwy, którą ludzie zwykle miłowali tak długo, jak mówił im nią rzeczy słodkie. Tylko, że Dægberht wcale słodkim człowiekiem nie był. Można było o nim powiedzieć wiele, ozdabiać go przeróżnymi epitetami i karmić i tak nabrzmiałe już ego, ale wciąż – nie było w nim słodkości. Dægberht był człowiekiem wzniosłym, żarliwym i fanatycznym. Nie płonął w nim jak w niektórych ogień furii, ale jakiś płomień się tam tlił – jak te iskry w jego srebrnych oczach, kiedy wylewność napotkanego w lesie jegomościa przerodziła się w wyznanie niegodne kogoś, komu bogowie ofiarowali największy dar: ludzkie życie.
– Nie. Niebyłbyś szczęśliwy – zauważył, nie darując sobie lekkiej kąśliwości – po prostu byś nie był. Jeśli zagadywanie obcych ludzi w Epping Forest jest twoim sposobem na nieistnienie… ciekawy dobór środków.
Sam nie był pewien, czego spodziewał się po tej wędrówce.
Wozów? Może. Niekoniecznie… Tak po prawdzie – naprawdę wolałby, aby to wszystko okazało się dowcipem prowadzącym go do zostania ograbionym z okruchów i gwoździ, które miał w kieszeniach spodni, niż do faktycznego domu na kółkach smutnego chłopca. Przypieczętowało to przecież wizje z jego najgorszych koszmarów. Jak dużo jego bliskich maczało swoje palce w Śmierciożerstwie? Nie wiedział, ale był pewien, że jego kręgi nie były od nich wolne. Neutralność nie znaczyła wcale, że nie nosiło się na barkach perspektywy cudzej śmierci.
Ale skoro już tu był – patrzył.
Nazwisko Flint nigdy nie uczyniło go bogaczem. Starość desek i farby kojarzyła mu się z knajpami i magazynami czarodziejskich portów, nic tu jednak nie wyglądało w pełni swojsko. Mógłby niby poczuć jakąś więź z egzystencją toczoną w ciągłym ruchu, skoro sam włóczył się po świecie, nie czuł jednak jedności z wizją wspólnoty dbającą o siebie i wspierającą w trudach. Najlepiej pisało się przecież w gorzkiej samotności. Potrafił się w tym celu umartwiać.
– Modliłem się – przyznał, nie widząc nawet wyzywającego spojrzenia. Nie wszedł do środka, bo obchodził ten wóz i ciekawsko oglądał go z każdej strony – do koron drzew będących częścią Rogatego Boga. Przywykłem do robienia tego rankiem. – Lżejsze to było dla duszy niż picie.
Kiedy się wychylił z drugiej strony tejże przyczepy i zajrzał do środka, wtedy dopiero zwrócił uwagę na wiszący na drzwiach plakat. Nie zamierzał zgadywać który z pseudonimów należał do potencjalnego złodziejaszka.
Jego głos daleki był od szorstkości, ale mówił tego też tonem sugerującym, że w jakiś sposób żartuje lub ironizuje sytuację. Brzmiał szczerze i dzielił się tymi uszczypnięciami nie tracąc pięknej barwy, którą ludzie zwykle miłowali tak długo, jak mówił im nią rzeczy słodkie. Tylko, że Dægberht wcale słodkim człowiekiem nie był. Można było o nim powiedzieć wiele, ozdabiać go przeróżnymi epitetami i karmić i tak nabrzmiałe już ego, ale wciąż – nie było w nim słodkości. Dægberht był człowiekiem wzniosłym, żarliwym i fanatycznym. Nie płonął w nim jak w niektórych ogień furii, ale jakiś płomień się tam tlił – jak te iskry w jego srebrnych oczach, kiedy wylewność napotkanego w lesie jegomościa przerodziła się w wyznanie niegodne kogoś, komu bogowie ofiarowali największy dar: ludzkie życie.
– Nie. Niebyłbyś szczęśliwy – zauważył, nie darując sobie lekkiej kąśliwości – po prostu byś nie był. Jeśli zagadywanie obcych ludzi w Epping Forest jest twoim sposobem na nieistnienie… ciekawy dobór środków.
Sam nie był pewien, czego spodziewał się po tej wędrówce.
Wozów? Może. Niekoniecznie… Tak po prawdzie – naprawdę wolałby, aby to wszystko okazało się dowcipem prowadzącym go do zostania ograbionym z okruchów i gwoździ, które miał w kieszeniach spodni, niż do faktycznego domu na kółkach smutnego chłopca. Przypieczętowało to przecież wizje z jego najgorszych koszmarów. Jak dużo jego bliskich maczało swoje palce w Śmierciożerstwie? Nie wiedział, ale był pewien, że jego kręgi nie były od nich wolne. Neutralność nie znaczyła wcale, że nie nosiło się na barkach perspektywy cudzej śmierci.
Ale skoro już tu był – patrzył.
Nazwisko Flint nigdy nie uczyniło go bogaczem. Starość desek i farby kojarzyła mu się z knajpami i magazynami czarodziejskich portów, nic tu jednak nie wyglądało w pełni swojsko. Mógłby niby poczuć jakąś więź z egzystencją toczoną w ciągłym ruchu, skoro sam włóczył się po świecie, nie czuł jednak jedności z wizją wspólnoty dbającą o siebie i wspierającą w trudach. Najlepiej pisało się przecież w gorzkiej samotności. Potrafił się w tym celu umartwiać.
– Modliłem się – przyznał, nie widząc nawet wyzywającego spojrzenia. Nie wszedł do środka, bo obchodził ten wóz i ciekawsko oglądał go z każdej strony – do koron drzew będących częścią Rogatego Boga. Przywykłem do robienia tego rankiem. – Lżejsze to było dla duszy niż picie.
Kiedy się wychylił z drugiej strony tejże przyczepy i zajrzał do środka, wtedy dopiero zwrócił uwagę na wiszący na drzwiach plakat. Nie zamierzał zgadywać który z pseudonimów należał do potencjalnego złodziejaszka.
Matka nadała mi takie imię,
żeby poprawnie wymawiały je tylko drzewa i wiatr
żeby poprawnie wymawiały je tylko drzewa i wiatr