07.06.2026, 00:07 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.06.2026, 00:12 przez Primrose Lestrange.)
To ciemne wnętrze, eleganckie i ekskluzywne, mieszało jej w głowie. Dodawało temu spotkaniu jeszcze więcej powagi i przez to napełniało ją jakimś takim dziwnym uczuciem, że to wszystko było na poważnie i być może zbyt poważne. Romanse w filmach lubiły rozpoczynać się od przypadku, od słodkich uśmiechów i trzepotania rzęsami. To spotkanie nie było przypadkiem tylko transakcją. Sama nieświadomie zepchnęła temat na politykę i już nie mogli od niej uciec.
To dobrze? To dobrze czy źle? Tak kogoś obdzierać z intymności i doprawiać to wyrywkami siebie, którymi nieszczególnie dzieliła się z innymi. Mniej naga czułaby się, gdyby na pierwszej randce bezceremonialnie ściągnęła przed nim bluzkę, a siedzieli wśród ludzi, ubrani jak na jakiś bankiet, pod toną makijażu i lakieru na włosach. Oboje lubili udawać i udawali pewne rzeczy aż nazbyt idealnie. Kłamcy. Oszuści. Ten wybuch sprzed chwili był momentem, w którym pokazała prawdziwą siebie, ale czy on pokazał siebie? Nie mogła zapytać o to, jak zachowywał się o wielki Elliott Malfoy, kiedy gasły światła Ministerialnych korytarzy, a on mógł rozważyć powrót przez dzielnice rozświetlane pulsowaniem kolorowych neonów.
Powiedział tyle o swojej rodzinie, o tym synu też, ale dla Lestrange najwięcej mówiło o nim pytanie, które zadał jej.
– Ciekawy dobór słów, Monsieur. Lubię dzieci, zawsze chciałam zostać matką. Niezależnie od tego mam wrażenie, że pytanie z grzeczności sugerowałoby, że traktuję twojego syna jako temat do odhaczenia z jedynie z ludzkiej przyzwoitości, ale to przecież dziecko, które potencjalnie może stać się częścią mojego życia. – Przesunęła kciukiem po kieliszku wina stojącym obok. Wcześniej maczała w nim usta, ale za bardzo bała się upicia na oczach kanclerza skarbu, żeby się odważyć na wzięcie większego łyka. Teraz w ogóle brakowało jej odwagi do uniesienia go w górę. Napięcie stawało się nie do zniesienia. – Nie złość się, ale… ciężko mi spamiętać historię twojej rodziny. – Zaczerwieniła się. Nie potrafiła odnieść się do żadnego fragmentu jego wypowiedzi, chociaż wysłuchała jej od początku do końca. Czuła się przez to nieco wybrakowana, chociaż nie przyszła tutaj z nikim konkurować. Mama, papa i dziadkowie wydawali jej się w świetle opowieści z innych kontynentów tak samo bladzi jak ona. W domu słuchała o dniu spędzonym w bibliotece lub szpitalu, nie na polu walki na środku Azji. Strasznie to było złożone, każda jego dzisiejsza historia była zalewem faktów opowiadanych językiem kogoś, kto potrafił oczarować grono dżentelmenów na imprezie z cygarami. Mówił o hazardzie jakby go znał. Żeby czegoś nie lubić trzeba było go poznać. Primrose nie wiedziałaby nawet gdzie powinna iść, żeby obstawić jakiś zakład. – Twój syn jest jednak kimś, o kim mówisz w sposób tak przyziemny, że… – że na chwilę mogłabym uwierzyć w prawdziwość twoich słów. Tak na chwilę, żeby się nie zawieść za tydzień, kiedy okażesz się gejem lub kimś randkującym z trzema dziewczynami naraz. – Mhm, że coś w twoich oczach się zmieniło.
Wątpliwościami z czeluści swojej głowy podzielić się z nim wciąż się bała, ale czy grzechem były delikatne próby ujrzenia człowieka, który tak nie spinał ramion?
To dobrze? To dobrze czy źle? Tak kogoś obdzierać z intymności i doprawiać to wyrywkami siebie, którymi nieszczególnie dzieliła się z innymi. Mniej naga czułaby się, gdyby na pierwszej randce bezceremonialnie ściągnęła przed nim bluzkę, a siedzieli wśród ludzi, ubrani jak na jakiś bankiet, pod toną makijażu i lakieru na włosach. Oboje lubili udawać i udawali pewne rzeczy aż nazbyt idealnie. Kłamcy. Oszuści. Ten wybuch sprzed chwili był momentem, w którym pokazała prawdziwą siebie, ale czy on pokazał siebie? Nie mogła zapytać o to, jak zachowywał się o wielki Elliott Malfoy, kiedy gasły światła Ministerialnych korytarzy, a on mógł rozważyć powrót przez dzielnice rozświetlane pulsowaniem kolorowych neonów.
Powiedział tyle o swojej rodzinie, o tym synu też, ale dla Lestrange najwięcej mówiło o nim pytanie, które zadał jej.
– Ciekawy dobór słów, Monsieur. Lubię dzieci, zawsze chciałam zostać matką. Niezależnie od tego mam wrażenie, że pytanie z grzeczności sugerowałoby, że traktuję twojego syna jako temat do odhaczenia z jedynie z ludzkiej przyzwoitości, ale to przecież dziecko, które potencjalnie może stać się częścią mojego życia. – Przesunęła kciukiem po kieliszku wina stojącym obok. Wcześniej maczała w nim usta, ale za bardzo bała się upicia na oczach kanclerza skarbu, żeby się odważyć na wzięcie większego łyka. Teraz w ogóle brakowało jej odwagi do uniesienia go w górę. Napięcie stawało się nie do zniesienia. – Nie złość się, ale… ciężko mi spamiętać historię twojej rodziny. – Zaczerwieniła się. Nie potrafiła odnieść się do żadnego fragmentu jego wypowiedzi, chociaż wysłuchała jej od początku do końca. Czuła się przez to nieco wybrakowana, chociaż nie przyszła tutaj z nikim konkurować. Mama, papa i dziadkowie wydawali jej się w świetle opowieści z innych kontynentów tak samo bladzi jak ona. W domu słuchała o dniu spędzonym w bibliotece lub szpitalu, nie na polu walki na środku Azji. Strasznie to było złożone, każda jego dzisiejsza historia była zalewem faktów opowiadanych językiem kogoś, kto potrafił oczarować grono dżentelmenów na imprezie z cygarami. Mówił o hazardzie jakby go znał. Żeby czegoś nie lubić trzeba było go poznać. Primrose nie wiedziałaby nawet gdzie powinna iść, żeby obstawić jakiś zakład. – Twój syn jest jednak kimś, o kim mówisz w sposób tak przyziemny, że… – że na chwilę mogłabym uwierzyć w prawdziwość twoich słów. Tak na chwilę, żeby się nie zawieść za tydzień, kiedy okażesz się gejem lub kimś randkującym z trzema dziewczynami naraz. – Mhm, że coś w twoich oczach się zmieniło.
Wątpliwościami z czeluści swojej głowy podzielić się z nim wciąż się bała, ale czy grzechem były delikatne próby ujrzenia człowieka, który tak nie spinał ramion?