16.03.2023, 20:45 ✶
Jeśli angażował się w cokolwiek, czy to zawodowo, czy z narażeniem wolności, lub życia, robił to po coś. Dla rodziny, dla nich, a w szczególności dla Lorrety. Jego świat, świat w którym żył, nie mógłby istnieć bez niej, no bo na cóż mu taki świat. Pozbawiony jedynej, prawdziwie szczerej cząstki na ziemi, jedynej której mógł być zawsze pewien, pomimo życiowej sinusoidy, nadawałby się jedynie do szarej, pozbawionej formy i substancji egzystencji. Być może to tradycyjne modele, przekazane z wychowaniem ich ojca, przekierowywały kierunek jego motywacji właśnie na najbliższą rodzinę. Odkąd tylko pamiętał, zawsze byli nieopodal siebie, blisko wystarczająco, by móc w razie potrzeby chronić i niszczyć. Choć słodka Lori nie była z tych, które potrzebują szczególnej opoki i troski, dobrze potrafiła o siebie zadbać. To otoczenie, słusznie zresztą, obawiało się jej wybuchu. Kiedy jesteś wulkanem emocji to wszystkich wokół zalewa lawa, tak być już musiało. Żaden, nigdy, nie był niewinny, a jeśli ktoś padał ofiarą przed Lorretą, zasłużył. Całym szczęściem nigdy nie był w polu rażenia, bo tak jak i on nie potrafiłby nigdy jej intencjonalnie skrzywdzić, tak wierzył, że nigdy nie stanie się celem jej gniewu.
Wiedział, że nie musiał jej tego mówić wprost, wystarczy, że przedstawi. Jeśli świat miał się zmieniać, to musiał zadbać by te zmiany przeszły w oczekiwanym dla niego kierunku. Nigdy dotąd by tego nie stwierdził, przynajmniej nie na trzeźwo, ale jednak zależało mu na czymś stałym, czymś co zbudowałby od podstaw własnym asumptem. Przekazanie rodowodu dalej, utrzymanie szlachetności ich krwi, kiedyś jeszcze przechodził rozbawiony obok takich wartości. Rzeczywistość jednak błyskawicznie go odrestaurowała. Rozumiał doskonale, że samo słowo "ślub" wzdrygało ją po linii kręgosłupa, jemu ojciec również nie odpuszczał swatek, odkąd kariera legła w gruzach. Póki był sławny i sukcesywny, przynosił ojcu dumę na salonach, więc i więcej w kwestii samostanowienia miał możliwości. Jeśli miał już się ożenić, to na własnych zasadach, jedną z nich miał być właśnie ten dom.
- Nie czuj się niczemu winna, bigoteria to narzędzie którym chcą nas trzymać w kajdanach. - odparł uspokajająco na rozterki siostry. Do świetlanej przyszłości jeszcze kawałek drogi, na której faktycznie, mogłoby kiedyś dojść do zdarzeń tragicznych w skutkach. Nie było wielką tajemnicą, że z ich dwójki, paradoksalnie, to ta drobniejsza, będzie bardziej impulsywna, gwałtowna i brutalna, ale przez to autodestrukcyjna. - Spodziewałem... - powtórzył z leciutkim rozbawieniem na policzkach. - Ja liczyłem na to. No spójrz tylko. Od zawsze było dokładnie tak. Byliśmy lepsi, mieliśmy w sobie więcej wartości, niż pozostali, pora w końcu przestać gryźć się w język. - ciągnął dalej. Chodziło o tożsamość i dziedzictwo które nieśli za sobą. Byli doskonałym przykładem tego, że czysta krew potrafi wykrzesać z ich atutów, wyłącznie to co najlepsze. Dwójka bliźniaków, popularna, choć z różnych branży to ze sporym dorobkiem i to tak w młodym wieku, nie mógł być to przypadek. Parszywiec Slughorn był jedynie epizodem w celu do jakiego dążyli. Z obrzydzeniem podawał mu rękę w ministerstwie kiedy chodził za nim jak cień, obserwując jego maniery i zwyczaje. Raczył wyświadczyć mu nawet przysługę, czy dwie, by tylko zaskarbić sobie kawałek jego zaufania. Nie miał zbyt wiele czasu, bo termin rozprawy na los której mieli wpłynąć z Lorretą nie był tak odległy, aby dać Lou swobodę działania. Wszystkie te mniejsze, lub większe upodlenia do jakich musiał się zniżyć, były warte jego przerażonej miny w momencie kiedy zdał sobie sprawę, że groźba Czarnego Pana spojrzała mu oczy. Żałował tylko, że po wszystkim musieli oddać go na wolność i to w nienaruszonym stanie. Bez wątpienia zasłużył sobie na coś gorszego, niż cios w potylice, kilka nieprzyjemnych zaklęć i hipnoza.
Wiedział, że nie musiał jej tego mówić wprost, wystarczy, że przedstawi. Jeśli świat miał się zmieniać, to musiał zadbać by te zmiany przeszły w oczekiwanym dla niego kierunku. Nigdy dotąd by tego nie stwierdził, przynajmniej nie na trzeźwo, ale jednak zależało mu na czymś stałym, czymś co zbudowałby od podstaw własnym asumptem. Przekazanie rodowodu dalej, utrzymanie szlachetności ich krwi, kiedyś jeszcze przechodził rozbawiony obok takich wartości. Rzeczywistość jednak błyskawicznie go odrestaurowała. Rozumiał doskonale, że samo słowo "ślub" wzdrygało ją po linii kręgosłupa, jemu ojciec również nie odpuszczał swatek, odkąd kariera legła w gruzach. Póki był sławny i sukcesywny, przynosił ojcu dumę na salonach, więc i więcej w kwestii samostanowienia miał możliwości. Jeśli miał już się ożenić, to na własnych zasadach, jedną z nich miał być właśnie ten dom.
- Nie czuj się niczemu winna, bigoteria to narzędzie którym chcą nas trzymać w kajdanach. - odparł uspokajająco na rozterki siostry. Do świetlanej przyszłości jeszcze kawałek drogi, na której faktycznie, mogłoby kiedyś dojść do zdarzeń tragicznych w skutkach. Nie było wielką tajemnicą, że z ich dwójki, paradoksalnie, to ta drobniejsza, będzie bardziej impulsywna, gwałtowna i brutalna, ale przez to autodestrukcyjna. - Spodziewałem... - powtórzył z leciutkim rozbawieniem na policzkach. - Ja liczyłem na to. No spójrz tylko. Od zawsze było dokładnie tak. Byliśmy lepsi, mieliśmy w sobie więcej wartości, niż pozostali, pora w końcu przestać gryźć się w język. - ciągnął dalej. Chodziło o tożsamość i dziedzictwo które nieśli za sobą. Byli doskonałym przykładem tego, że czysta krew potrafi wykrzesać z ich atutów, wyłącznie to co najlepsze. Dwójka bliźniaków, popularna, choć z różnych branży to ze sporym dorobkiem i to tak w młodym wieku, nie mógł być to przypadek. Parszywiec Slughorn był jedynie epizodem w celu do jakiego dążyli. Z obrzydzeniem podawał mu rękę w ministerstwie kiedy chodził za nim jak cień, obserwując jego maniery i zwyczaje. Raczył wyświadczyć mu nawet przysługę, czy dwie, by tylko zaskarbić sobie kawałek jego zaufania. Nie miał zbyt wiele czasu, bo termin rozprawy na los której mieli wpłynąć z Lorretą nie był tak odległy, aby dać Lou swobodę działania. Wszystkie te mniejsze, lub większe upodlenia do jakich musiał się zniżyć, były warte jego przerażonej miny w momencie kiedy zdał sobie sprawę, że groźba Czarnego Pana spojrzała mu oczy. Żałował tylko, że po wszystkim musieli oddać go na wolność i to w nienaruszonym stanie. Bez wątpienia zasłużył sobie na coś gorszego, niż cios w potylice, kilka nieprzyjemnych zaklęć i hipnoza.