07.06.2026, 11:08 ✶
– Udane próby ukrycia tego w na wpół spalonej stolicy sprawiłoby jedynie, że wielu wzięłoby cię za dziwaczkę – rzucił, nie bawiąc się w żadne próby ujęcia tego w sposób niebezpośredni. No bo, do diabła – pół Londynu poszło z dymem, ludzie płonęli żywcem na ulicach – jeśli ktoś się teraz dekorował we wstążki i udawał, że go to ani trochę nie przytłoczyło, więcej sobie robił szkody niż pożytku. No, a przynajmniej swojemu wizerunkowi.
Dolohov nie udawał. Nie zamierzał jednak oddać się tym emocjom w sposób, który pozwoliłby śmierciożerstwu pożreć go w całości. Stąpał ostrożnie, ale zamierzał uczynić tworzący się instytut miejscem nauki i wolności. Nie chciał pozwolić, aby kolejne pokolenia cierpiały przez starców chcących skuć w kajdany każdy dobry pomysł tylko i wyłącznie dlatego, że leżał zbyt daleko od ich ograniczonego światopoglądu.
Jego rzeczywistość była niebieska, ale przyszłość tego świata była pełna kolorów.
Długie, smukłe palce wróżbity zacisnęły się na okładce przekazanego mu tomiszcza, a on uśmiechnął się szerzej. Tak naprawdę, to kiedy przekazywał jej te informacje… strzelał. Któż jednak, jeśli nie on, miał obserwować jak jego nawet najbardziej odważne założenia okazywały się trafnymi? Intuicja prowadząca go przez życie działała dobrze, chociaż inni prorocy zdawali się sporadycznie cierpieć przez zepsuty, wewnętrzny kompas. Nietrudno mu więc było posądzać samego siebie o wybitność.
– Zapraszam więc. To był długi dzień, więc ucieszy mnie pogawędka w innym miejscu niż w pracy – przyznał, gestem zapraszając ją na górę, ale nagle zatrzymał się i zmrużył oczy. Perfekcyjnie ułożone włosy, wyprasowany garnitur, uśmiech z okładki czarownicy – przepiękna maska zdobiąca jego jestestwo rozsypała się na moment, a on spojrzał w nicość jak ktoś doświadczający uczucia głębokiej derealizacji. Dar, z którym się urodził, piękny i pożądany przez masy nie bez powodu, potrafił wytrącić go z równowagi w najmniej oczekiwanych momentach. Zawahanie się przed wejściem na schody przez wspięciem się na piętro własnej kamienicy i tak wydawało się niczym w porównaniu do absurdalnego, letniego objawienia, którego Victoria była świadkinią. – Ja… – zaczął, ale ewidentnie nie doszedł jeszcze do siebie. Oparł dłoń o ścianę, żeby się wesprzeć. Jedna z pracownic podeszła bliżej i położyła mu rękę na ramieniu w geście troski, ale oddelegował ją szybko. – Jest w porządku, wracaj do domu, zanim cię noc zastanie. – Dziewczyna pożegnała się z nimi skinieniem głowy, chociaż widać było jak przez moment analizuje ruchy chuderlawego ciała swojego pracodawcy. – Wybacz – zwrócił się do Victorii – to ten moment, w którym dociera do mnie coś ważnego. Nie chcesz może napić się herbaty w lokalu na zewnątrz? – Wycofał się z zaproszenia jej na górę, a książkę odłożył na biurko Peregrinusa, nie zamierzając zahaczać o swoją bibliotekę.
Dolohov nie udawał. Nie zamierzał jednak oddać się tym emocjom w sposób, który pozwoliłby śmierciożerstwu pożreć go w całości. Stąpał ostrożnie, ale zamierzał uczynić tworzący się instytut miejscem nauki i wolności. Nie chciał pozwolić, aby kolejne pokolenia cierpiały przez starców chcących skuć w kajdany każdy dobry pomysł tylko i wyłącznie dlatego, że leżał zbyt daleko od ich ograniczonego światopoglądu.
Jego rzeczywistość była niebieska, ale przyszłość tego świata była pełna kolorów.
Długie, smukłe palce wróżbity zacisnęły się na okładce przekazanego mu tomiszcza, a on uśmiechnął się szerzej. Tak naprawdę, to kiedy przekazywał jej te informacje… strzelał. Któż jednak, jeśli nie on, miał obserwować jak jego nawet najbardziej odważne założenia okazywały się trafnymi? Intuicja prowadząca go przez życie działała dobrze, chociaż inni prorocy zdawali się sporadycznie cierpieć przez zepsuty, wewnętrzny kompas. Nietrudno mu więc było posądzać samego siebie o wybitność.
– Zapraszam więc. To był długi dzień, więc ucieszy mnie pogawędka w innym miejscu niż w pracy – przyznał, gestem zapraszając ją na górę, ale nagle zatrzymał się i zmrużył oczy. Perfekcyjnie ułożone włosy, wyprasowany garnitur, uśmiech z okładki czarownicy – przepiękna maska zdobiąca jego jestestwo rozsypała się na moment, a on spojrzał w nicość jak ktoś doświadczający uczucia głębokiej derealizacji. Dar, z którym się urodził, piękny i pożądany przez masy nie bez powodu, potrafił wytrącić go z równowagi w najmniej oczekiwanych momentach. Zawahanie się przed wejściem na schody przez wspięciem się na piętro własnej kamienicy i tak wydawało się niczym w porównaniu do absurdalnego, letniego objawienia, którego Victoria była świadkinią. – Ja… – zaczął, ale ewidentnie nie doszedł jeszcze do siebie. Oparł dłoń o ścianę, żeby się wesprzeć. Jedna z pracownic podeszła bliżej i położyła mu rękę na ramieniu w geście troski, ale oddelegował ją szybko. – Jest w porządku, wracaj do domu, zanim cię noc zastanie. – Dziewczyna pożegnała się z nimi skinieniem głowy, chociaż widać było jak przez moment analizuje ruchy chuderlawego ciała swojego pracodawcy. – Wybacz – zwrócił się do Victorii – to ten moment, w którym dociera do mnie coś ważnego. Nie chcesz może napić się herbaty w lokalu na zewnątrz? – Wycofał się z zaproszenia jej na górę, a książkę odłożył na biurko Peregrinusa, nie zamierzając zahaczać o swoją bibliotekę.
with all due respect, which is none