07.06.2026, 19:44 ✶
Akt pierwszy
Honey, honey
Niejedną słyszałam rzecz
Niewiele o tobie wiem
Niedługo przekonam się
Czy ty zechcesz mnie?
Niejedną słyszałam rzecz
Niewiele o tobie wiem
Niedługo przekonam się
Czy ty zechcesz mnie?
Taras wznosił się ponad urwistym zboczem wyspy Kalokairi. Zbudowany z wapiennego kamienia i pokryty nieskazitelną bielą, zdawał się wyrzeźbiony z kości samej wyspy — tak doskonale współgrał z ostrym blaskiem greckiego słońca oraz bezkresnym lazurem Morza Egejskiego. Smukłe arkady były podtrzymywane przez kolumny o prostych jońskich głowicach, a te z kolei rzucały na kamienną posadzkę ażurowe cienie, których kształt zmieniał się wraz z upływem letniego dnia. Pergole hojnie oplecione bugenwillą uginały się pod obfitością purpurowych, karminowych i amarantowych kwiatostanów. Stanowiły wyzwanie dla surowej bieli kamiennych murów.
Bosa, odziana w lekką suknię, na której białe ślady mąki świadczyły o porannych obowiązkach, Mona nuciła pod nosem melodię, gdy wprawnym ruchem dłoni przesadzała jedną roślinę do większej donicy. Jej rude loki jak płomienie zdawały się przechowywać w sobie samo wspomnienie słońca.
Spokojną harmonię poranka przerwał gwałtowny huk, kiedy drzwi wejściowe prowadzące na taras otworzyły się z taką siłą, że uderzyły o ścianę. Na zewnątrz wtargnęła Lizzy. Była uderzająco podobna do jej ojca z czasów młodości.
— Mamo! — zawołała, rozglądając się po balkonie. — Nie widziałaś może… Gdzie ja to zostawiłam?!
Mona westchnęła ciężko.
— Czego, kochanie? — zapytała. — Ostatnich resztek mojego zdrowego rozsądku? Jeżeli tak, byłabym wdzięczna za ich zwrot.
— Nie! Tego listu! Tego z Uniwersytetu Londyńskiego! — Elizabeth wykrzyknęła ostatnie słowa. — Leżał tutaj. Niebieska koperta. Zniknęła! — dwudziestoletnia kobieta rozpoczęła gorączkowe poszukiwanie sterty broszur reklamujących rejsy po okolicznych wyspach. Jej dłonie poruszyły się niecierpliwie, zdradzając napięcie. Mona wyprostowała się i wytarła dłoń o materiał sukni. Następnie spojrzała na córkę.
— Serce moje — odezwała się spokojnie. — Listonosz jeszcze nie przybył. Dziś jest wtorek. Odwiedza nas w środy. Pytasz mnie o to każdego dnia od blisko tygodnia.
— Ale widziałam go! Gdzieś go widziałam! — zaprotestowała młodsza z nich natychmiast. — W mojej głowie… To znaczy… śniło mi się. A potem śniło mi się również, że Cerber go zjadł i…
W ciągu dwudziestu lat nauczyła się odczytywać najdrobniejsze zmiany w zachowaniu własnej córki, a to… to nie był zwyczajny niepokój związany z oczekiwaniem na odpowiedź z uniwersytetu. Cokolwiek jednak to było, sprawiło, że rudowłosej kobiecie instynkt macierzyński odezwał się.
— Lizzy — powiedziała cicho. — Chodź tutaj — Lizzy zawahała się. — Spójrz na mnie.
Córa uparcie unikała matczynego spojrzenia, poświęcając całą uwagę niewielkiemu wyszczerbieniu na jednej z podłogowych płytek.
Bosa, odziana w lekką suknię, na której białe ślady mąki świadczyły o porannych obowiązkach, Mona nuciła pod nosem melodię, gdy wprawnym ruchem dłoni przesadzała jedną roślinę do większej donicy. Jej rude loki jak płomienie zdawały się przechowywać w sobie samo wspomnienie słońca.
Spokojną harmonię poranka przerwał gwałtowny huk, kiedy drzwi wejściowe prowadzące na taras otworzyły się z taką siłą, że uderzyły o ścianę. Na zewnątrz wtargnęła Lizzy. Była uderzająco podobna do jej ojca z czasów młodości.
— Mamo! — zawołała, rozglądając się po balkonie. — Nie widziałaś może… Gdzie ja to zostawiłam?!
Mona westchnęła ciężko.
— Czego, kochanie? — zapytała. — Ostatnich resztek mojego zdrowego rozsądku? Jeżeli tak, byłabym wdzięczna za ich zwrot.
— Nie! Tego listu! Tego z Uniwersytetu Londyńskiego! — Elizabeth wykrzyknęła ostatnie słowa. — Leżał tutaj. Niebieska koperta. Zniknęła! — dwudziestoletnia kobieta rozpoczęła gorączkowe poszukiwanie sterty broszur reklamujących rejsy po okolicznych wyspach. Jej dłonie poruszyły się niecierpliwie, zdradzając napięcie. Mona wyprostowała się i wytarła dłoń o materiał sukni. Następnie spojrzała na córkę.
— Serce moje — odezwała się spokojnie. — Listonosz jeszcze nie przybył. Dziś jest wtorek. Odwiedza nas w środy. Pytasz mnie o to każdego dnia od blisko tygodnia.
— Ale widziałam go! Gdzieś go widziałam! — zaprotestowała młodsza z nich natychmiast. — W mojej głowie… To znaczy… śniło mi się. A potem śniło mi się również, że Cerber go zjadł i…
W ciągu dwudziestu lat nauczyła się odczytywać najdrobniejsze zmiany w zachowaniu własnej córki, a to… to nie był zwyczajny niepokój związany z oczekiwaniem na odpowiedź z uniwersytetu. Cokolwiek jednak to było, sprawiło, że rudowłosej kobiecie instynkt macierzyński odezwał się.
— Lizzy — powiedziała cicho. — Chodź tutaj — Lizzy zawahała się. — Spójrz na mnie.
Córa uparcie unikała matczynego spojrzenia, poświęcając całą uwagę niewielkiemu wyszczerbieniu na jednej z podłogowych płytek.
Sweet, mourning lamb
There's nothing you can do
Bound to suffering eternal through
the sins of their fathers committed
long before their conception
There's nothing you can do
Bound to suffering eternal through
the sins of their fathers committed
long before their conception