08.06.2026, 18:31 ✶
— Mamo, nie mam teraz czasu…
— Co się dzieje? — zapytała Mona, kiedy Elizabeth uniosła na matkę swoje śliczne oczęta.
— Nic.
— Moja droga, to jest najgorsza odpowiedź, jaką można ofiarować własnej matce.
— Naprawdę nic się nie dzieje!
Na obliczu rudowłosej kobiety odmalowało się powątpienie.
— Od tygodnia budzisz się przed świtem, trzykrotnie sprawdzasz naszą sowiarnię, a przed chwilą usiłowałaś przekonać mnie o istnieniu listu, który wedle wszelkiego prawdopodobieństwa nie został jeszcze dostarczony. Jeżeli to wszystko mieści się w granicach twojego nic, zaczynam z prawdziwym niepokojem zastanawiać się, co mogłabyś uznać za… — przerwała. — Smoczyku mój, przecież dobrze cię znam — była przecież jej córeczką, a czas… nie był łaskawy. Nie zabrał wspomnień, jak naiwnie tego oczekiwała. Roztrzaskał je na niezliczone odłamki i rozrzucił po codzienności, czynił z każdego drobiazgu narzędzie tęsknoty, ponieważ wspomniane wspomnienia nie posiadały już jednak jego twarzy.
Posiadały twarz ich córki. Mona odnajdywała je w Elizabeth każdego dnia — nawet w sposobie, w jaki Lizzy układała usta w dzióbek, kiedy pochylała się nad nieprzekonującym fragmentem lektury! Była to być może najbardziej wyrafinowana kara, jaką bogowie mogli wymierzyć czarownicy.
Dobrzy bogowie, jak bardzo się starała kochać wystarczająco mocno za dwoje. Wynagrodzić nieobecność rodzica własną obecnością. Nigdy przecież nie chciała, aby ukochana Lottie, jej najdroższa perełka, wyrosła na człowieka, który własnym dzieciom wręczał skrzydła z piór i wosku, aby następnie dziwić się, gdy słońce dopominało się swojej ceny.
— Po prostu bardzo mi zależy — odezwała się Lizzy.
— Na tych studiach?
— Tak… chyba tak. Nie wiem. Po prostu czuję, że coś się wydarzy. Jakby wszystko miało się zmienić.
Mona wyciągnęła dłoń i odgarnęła czule kosmyk włosów z czoła córki.
— Kiedy ma się dwadzieścia lat, człowiek żyje w przekonaniu, że każdy nowy dzień posiada moc całkowitego przeobrażenia jego losu.
— A kiedy ma się czterdzieści osiem?
— Wówczas człowiek marzy przede wszystkim o tym, aby goście pensjonatu przestali przywłaszczać sobie ręczniki.
— Mamo!
— No dobrze. Kochanie, albo wyśniłaś sobie ten list, a sądzę, że tak było… albo czyjaś sowa gubi przesyłki i jej właściciel powinien otrzymać wyjątkowo surową reprymendę — Mona otrzepała ubranie z mąki.
— Pani Rowle!
Obie kobiety wychyliły się nieco ponad balustradę tarasu, spoglądając w dół, kiedy wyrwał je głos jednego z rybaków.
— W porcie dziś wyjątkowo tłoczno — zawołał mężczyzna. — Przypłynął jacht z Anglikami. Podobno jakiś profesor zatrzyma się u pań w Ladonie.
— Profesor? — powtórzyła Mona. Było w tym pewnego rodzaju okrucieństwo losu, że ludzie nauki zdawali się odnajdywać ją niezależnie od szerokości geograficznej. Czy to nie była jego domena? — Oby tylko nie oczekiwał klimatyzacji! Obawiam się, że nawet bogowie nie zdołali jeszcze dokonać podobnego cudu — odparła.
Rybak zaśmiał się serdecznie.
— Wygląda na porządnego człowieka.
— W takim razie przygotuję dla niego najlepszy pokój — odwróciła się ku córce i złożyła czuły pocałunek na jej skroni. — Wracaj do środka. Napij się czegoś i zjedz śniadanie. Wyglądasz jak duch. A ja… — sięgnęła po leżący obok słomkowy kapelusz, nasunęła go na głowę. — …pójdę do miasteczka. Porozmawiam z Anthony'm. Jeśli ktokolwiek widział niebieski list adresowany do mojej córki, będzie to właśnie ten stary plotkarz.
— Co się dzieje? — zapytała Mona, kiedy Elizabeth uniosła na matkę swoje śliczne oczęta.
— Nic.
— Moja droga, to jest najgorsza odpowiedź, jaką można ofiarować własnej matce.
— Naprawdę nic się nie dzieje!
Na obliczu rudowłosej kobiety odmalowało się powątpienie.
— Od tygodnia budzisz się przed świtem, trzykrotnie sprawdzasz naszą sowiarnię, a przed chwilą usiłowałaś przekonać mnie o istnieniu listu, który wedle wszelkiego prawdopodobieństwa nie został jeszcze dostarczony. Jeżeli to wszystko mieści się w granicach twojego nic, zaczynam z prawdziwym niepokojem zastanawiać się, co mogłabyś uznać za… — przerwała. — Smoczyku mój, przecież dobrze cię znam — była przecież jej córeczką, a czas… nie był łaskawy. Nie zabrał wspomnień, jak naiwnie tego oczekiwała. Roztrzaskał je na niezliczone odłamki i rozrzucił po codzienności, czynił z każdego drobiazgu narzędzie tęsknoty, ponieważ wspomniane wspomnienia nie posiadały już jednak jego twarzy.
Posiadały twarz ich córki. Mona odnajdywała je w Elizabeth każdego dnia — nawet w sposobie, w jaki Lizzy układała usta w dzióbek, kiedy pochylała się nad nieprzekonującym fragmentem lektury! Była to być może najbardziej wyrafinowana kara, jaką bogowie mogli wymierzyć czarownicy.
Dobrzy bogowie, jak bardzo się starała kochać wystarczająco mocno za dwoje. Wynagrodzić nieobecność rodzica własną obecnością. Nigdy przecież nie chciała, aby ukochana Lottie, jej najdroższa perełka, wyrosła na człowieka, który własnym dzieciom wręczał skrzydła z piór i wosku, aby następnie dziwić się, gdy słońce dopominało się swojej ceny.
— Po prostu bardzo mi zależy — odezwała się Lizzy.
— Na tych studiach?
— Tak… chyba tak. Nie wiem. Po prostu czuję, że coś się wydarzy. Jakby wszystko miało się zmienić.
Mona wyciągnęła dłoń i odgarnęła czule kosmyk włosów z czoła córki.
— Kiedy ma się dwadzieścia lat, człowiek żyje w przekonaniu, że każdy nowy dzień posiada moc całkowitego przeobrażenia jego losu.
— A kiedy ma się czterdzieści osiem?
— Wówczas człowiek marzy przede wszystkim o tym, aby goście pensjonatu przestali przywłaszczać sobie ręczniki.
— Mamo!
— No dobrze. Kochanie, albo wyśniłaś sobie ten list, a sądzę, że tak było… albo czyjaś sowa gubi przesyłki i jej właściciel powinien otrzymać wyjątkowo surową reprymendę — Mona otrzepała ubranie z mąki.
— Pani Rowle!
Obie kobiety wychyliły się nieco ponad balustradę tarasu, spoglądając w dół, kiedy wyrwał je głos jednego z rybaków.
— W porcie dziś wyjątkowo tłoczno — zawołał mężczyzna. — Przypłynął jacht z Anglikami. Podobno jakiś profesor zatrzyma się u pań w Ladonie.
— Profesor? — powtórzyła Mona. Było w tym pewnego rodzaju okrucieństwo losu, że ludzie nauki zdawali się odnajdywać ją niezależnie od szerokości geograficznej. Czy to nie była jego domena? — Oby tylko nie oczekiwał klimatyzacji! Obawiam się, że nawet bogowie nie zdołali jeszcze dokonać podobnego cudu — odparła.
Rybak zaśmiał się serdecznie.
— Wygląda na porządnego człowieka.
— W takim razie przygotuję dla niego najlepszy pokój — odwróciła się ku córce i złożyła czuły pocałunek na jej skroni. — Wracaj do środka. Napij się czegoś i zjedz śniadanie. Wyglądasz jak duch. A ja… — sięgnęła po leżący obok słomkowy kapelusz, nasunęła go na głowę. — …pójdę do miasteczka. Porozmawiam z Anthony'm. Jeśli ktokolwiek widział niebieski list adresowany do mojej córki, będzie to właśnie ten stary plotkarz.
Sweet, mourning lamb
There's nothing you can do
Bound to suffering eternal through
the sins of their fathers committed
long before their conception
There's nothing you can do
Bound to suffering eternal through
the sins of their fathers committed
long before their conception