Kiedy kupił sobie tę wyspę kilka lat temu w ramach przedwczesnej emerytury, w pierwszej chwili bardzo chciał zmienić jej nazwę. Kalokairi brzmiało jak nieśmieszny żart ludzki, którzy potrafili nazywać swoje dziecko Summer czy inne… April. Pokpiwał nawet, że co kwartał miejsce to powinno się przemianowywać zgodnie z kalendarzem, na το φθινόπωρο, ο χειμώνας i oczywiście η άνοιξη. Finalnie jednak to właśnie imię wysepki zapadło mu w pamięci, a Jonathan… cóż, jego słodki Jonathan uznał, że na jesień życia idealnie nada się miejsce z latem w nazwie.
Kim więc był, żeby mu odmawiać?
Z pewnością nie fanem greckiego wina - to wciąż sprowadzał ze swojej prowansalskiej winnicy, nie dbając o to, że lokalni mieszkańcy pukali się w czoło wyzywając go od głupków. To znaczy… teraz już tak nie robili, szybko nauczywszy się, że elegancki anglik ze stanowczo za dużą ilością piegów na twarzy ma nie tylko kieszenie wypchane złotem, ale też bardzo dużą łatwość do języków obcych. Z czasem wszyscy biegali do niego z prośbą o tłumaczenia jak pojawiali się co bardziej egzotyczni turyści, bo Anthony lubił mimo wszystko przepływ ludzi przez swoją wyspę. Ludzie zawsze oznaczali opowieści. Byli jak krew w żyłach. I tak… kochał ich miny, gdy okazywało się, że nie jest turystą tak jak oni a… bezimiennym gospodarzem całego tego terenu. Dla tego wyrazu twarzy warto było pozwalać turystom odwiedzać ich miejsce na ziemi.
No i też Mona musiała mieć coś do roboty, och ta ruda diablica nie znosiła się nudzić. Oczywiście mógł ją wspierać bardziej niż oferując pracę (te smoczoogniki! Wszystkie w pewnym sensie jego!), ale znał ją na tyle, żeby wiedzieć, że obrazi się śmiertelnie nazywając wszystko jałmużną i jadąc gdzieś ze swoim roziskrzonym skarbem, którą to Lizzy tak uwielbiał rozpieszczać, będąc jej honorowym dziadkiem (nawet jeśli słowo dziadek tak ciężko przechodziło mu przez gardło). Dlatego nie powiedział obu o swoim małym funduszu na edukację dla Lizzy, zamierzając wrobić Jonathana w czynienie honorów przy jakiejś okazji, w której Mona będzie miała lepszy dzień.
Czy to tylko wrażenie, czy oboje codziennie uznawali, że to niekoniecznie dziś?
Kiedy Rowle'ówna znalazła go w miasteczku, oceniał właśnie rozłożone przed nim baklavy. Pokrojone w kąski o połowe mniejsze niż zwykle były degustowane niespiesznie z wrodzoną Antoniuszowi skrupulatnością.
– Za dużo orzechów. Za mało migdałów… Za dużo… uh… czy to róża?! Absolutnie zabronić, wyrzucić z karty. Niech ktoś to zapisze i przekaże pozostałym, że baklava z różą jest absolutnie zabroniona w tej szerokości geograficznej! Cóż to za pomysły w ogóle… Ja wiem, ja wiem, że ładny kolor Georgios, nic jej nie brakowało, ale powiedziałem swoje. – szybko sięgnął po kieliszek wina i spłukał smak kulinarnej propozycji z niesmakiem osoby, która od 20 lat nie powinna być zazdrosna, a jednak jej się czasem zdarzały tego typu wybuchy, gdy nie patrzył nikt, kto mógłby donieść Jonathanowi.
Na widok Mony jednak na twarzy sześćdziesięciolatka rozlał się serdeczny uśmiech. Mężczyzna wstał od razu i rozpostarł ku niej ramiona w zapraszającym geście. Przewiewne lniane odzienie sugerowało, że jest na wakacjach. I była to prawda. On miał obecnie wakacje cały czas.
– Kαλημέρα Mona! Pięknie dziś wyglądasz! Cóż Cię sprowadza do miasteczka o tej porze? Coś… coś się stało któremuś ze smoczogników? – zapytał z wyraźną troską w głosie, bo przecież kobieta wyglądałaby zdecydowanie inaczej, gdyby chodziło o Lizzy, tę myśl więc od razu odsunął od siebie.
Kim więc był, żeby mu odmawiać?
Z pewnością nie fanem greckiego wina - to wciąż sprowadzał ze swojej prowansalskiej winnicy, nie dbając o to, że lokalni mieszkańcy pukali się w czoło wyzywając go od głupków. To znaczy… teraz już tak nie robili, szybko nauczywszy się, że elegancki anglik ze stanowczo za dużą ilością piegów na twarzy ma nie tylko kieszenie wypchane złotem, ale też bardzo dużą łatwość do języków obcych. Z czasem wszyscy biegali do niego z prośbą o tłumaczenia jak pojawiali się co bardziej egzotyczni turyści, bo Anthony lubił mimo wszystko przepływ ludzi przez swoją wyspę. Ludzie zawsze oznaczali opowieści. Byli jak krew w żyłach. I tak… kochał ich miny, gdy okazywało się, że nie jest turystą tak jak oni a… bezimiennym gospodarzem całego tego terenu. Dla tego wyrazu twarzy warto było pozwalać turystom odwiedzać ich miejsce na ziemi.
No i też Mona musiała mieć coś do roboty, och ta ruda diablica nie znosiła się nudzić. Oczywiście mógł ją wspierać bardziej niż oferując pracę (te smoczoogniki! Wszystkie w pewnym sensie jego!), ale znał ją na tyle, żeby wiedzieć, że obrazi się śmiertelnie nazywając wszystko jałmużną i jadąc gdzieś ze swoim roziskrzonym skarbem, którą to Lizzy tak uwielbiał rozpieszczać, będąc jej honorowym dziadkiem (nawet jeśli słowo dziadek tak ciężko przechodziło mu przez gardło). Dlatego nie powiedział obu o swoim małym funduszu na edukację dla Lizzy, zamierzając wrobić Jonathana w czynienie honorów przy jakiejś okazji, w której Mona będzie miała lepszy dzień.
Czy to tylko wrażenie, czy oboje codziennie uznawali, że to niekoniecznie dziś?
Kiedy Rowle'ówna znalazła go w miasteczku, oceniał właśnie rozłożone przed nim baklavy. Pokrojone w kąski o połowe mniejsze niż zwykle były degustowane niespiesznie z wrodzoną Antoniuszowi skrupulatnością.
– Za dużo orzechów. Za mało migdałów… Za dużo… uh… czy to róża?! Absolutnie zabronić, wyrzucić z karty. Niech ktoś to zapisze i przekaże pozostałym, że baklava z różą jest absolutnie zabroniona w tej szerokości geograficznej! Cóż to za pomysły w ogóle… Ja wiem, ja wiem, że ładny kolor Georgios, nic jej nie brakowało, ale powiedziałem swoje. – szybko sięgnął po kieliszek wina i spłukał smak kulinarnej propozycji z niesmakiem osoby, która od 20 lat nie powinna być zazdrosna, a jednak jej się czasem zdarzały tego typu wybuchy, gdy nie patrzył nikt, kto mógłby donieść Jonathanowi.
Na widok Mony jednak na twarzy sześćdziesięciolatka rozlał się serdeczny uśmiech. Mężczyzna wstał od razu i rozpostarł ku niej ramiona w zapraszającym geście. Przewiewne lniane odzienie sugerowało, że jest na wakacjach. I była to prawda. On miał obecnie wakacje cały czas.
– Kαλημέρα Mona! Pięknie dziś wyglądasz! Cóż Cię sprowadza do miasteczka o tej porze? Coś… coś się stało któremuś ze smoczogników? – zapytał z wyraźną troską w głosie, bo przecież kobieta wyglądałaby zdecydowanie inaczej, gdyby chodziło o Lizzy, tę myśl więc od razu odsunął od siebie.