09.06.2026, 07:45 ✶
Pokiwała głową. Tak, działała. Tylko to nie było łatwe wytłumaczyć człowiekowi ociekającemu traumą, że aby go wyleczyć z tego strachu, musiała mu odebrać jakąś część niego. Wszyscy zawsze tak głośno mówili o potrzebie zapomnienia takich chwil, odsunięcia ich na dalszy plan, ale kłamali nazywając to czymś prostym. W zetknięciu z uzdrowicielką o nazwisku Lestrange chcącej odebrać im jakiś fragment nich wpadali w panikę.
Primrose, która nigdy nie miała szczególnie mocno wyrobionych poglądów politycznych, nagle musiała mierzyć się z byciem ocenianą za pochodzenie. Wychowała się wśród bogatej rodziny, ale nie miała wcale wielkich pieniędzy i wpływów większych niż to, że ją ciocia przygotowywała dodatkowo do egzaminów w Mungu – wpierw to wszystko napełniało ją goryczą, później odrobinę zwiędła i do niej dotarło jak wiele przywilejów w rzeczywistości miała. Na końcu odpadł jej jeden płatek, bo spostrzegła najgorsze: oni jej nie nienawidzili, oni się jej bali. No bo kim byli ci wszyscy Śmierciożercy? Przynajmniej kilku kojarzyła zapewne z dormitorium w Hogwarcie. Tego otwierającego drzwi jedynie dla uznanych przez Salazara Slytherina za godnych edukacji.
– No cóż, leczą to objawowo, bo w gruncie rzeczy nikt nie wie skąd to się wzięło. Kiedy jest się świadkiem czegoś, czego nie opisano w podręcznikach do Historii Magii, to się człowiek zaczyna zastanawiać, czy sam autor tegoż fantastycznego zaklęcia wiedział co robi…
Primrose ziewnęła. Nie pasowało to do trafnej jak na nią wypowiedzi dotyczącej stanu świata, ale była już naprawdę zmęczona. Chętnie zanurzyłaby się pod kołdrę, gdyby nie ten przeklęty hałas. Jutro na zmianie będzie musiała uciąć sobie dłuuugą drzemkę w pokoiku, w którym… Ha, tym samym, w którym naszedł ją niecały miesiąc temu Śmierciożerca. Słuchała więc jednym uchem, trochę wypadało drugim, aż nagle rozbudziła się jak po dużym łyku mocnej kawy.
– Haha, co?
Nie spodziewała się, że dźwięk bębnów mógł z czegoś irytującego przeistoczyć się w coś, co momentalnie zmroziło jej plecy.
– A nie możemy iść spać gdzie indziej – zasugerowała od razu, właściwie już w tej sekundzie wyobrażając sobie jak pakuje najpotrzebniejsze rzeczy – a rano zajmie się tym Biuro Au- ah. Hm. Haha. No tak.
Primrose, która nigdy nie miała szczególnie mocno wyrobionych poglądów politycznych, nagle musiała mierzyć się z byciem ocenianą za pochodzenie. Wychowała się wśród bogatej rodziny, ale nie miała wcale wielkich pieniędzy i wpływów większych niż to, że ją ciocia przygotowywała dodatkowo do egzaminów w Mungu – wpierw to wszystko napełniało ją goryczą, później odrobinę zwiędła i do niej dotarło jak wiele przywilejów w rzeczywistości miała. Na końcu odpadł jej jeden płatek, bo spostrzegła najgorsze: oni jej nie nienawidzili, oni się jej bali. No bo kim byli ci wszyscy Śmierciożercy? Przynajmniej kilku kojarzyła zapewne z dormitorium w Hogwarcie. Tego otwierającego drzwi jedynie dla uznanych przez Salazara Slytherina za godnych edukacji.
– No cóż, leczą to objawowo, bo w gruncie rzeczy nikt nie wie skąd to się wzięło. Kiedy jest się świadkiem czegoś, czego nie opisano w podręcznikach do Historii Magii, to się człowiek zaczyna zastanawiać, czy sam autor tegoż fantastycznego zaklęcia wiedział co robi…
Primrose ziewnęła. Nie pasowało to do trafnej jak na nią wypowiedzi dotyczącej stanu świata, ale była już naprawdę zmęczona. Chętnie zanurzyłaby się pod kołdrę, gdyby nie ten przeklęty hałas. Jutro na zmianie będzie musiała uciąć sobie dłuuugą drzemkę w pokoiku, w którym… Ha, tym samym, w którym naszedł ją niecały miesiąc temu Śmierciożerca. Słuchała więc jednym uchem, trochę wypadało drugim, aż nagle rozbudziła się jak po dużym łyku mocnej kawy.
– Haha, co?
Nie spodziewała się, że dźwięk bębnów mógł z czegoś irytującego przeistoczyć się w coś, co momentalnie zmroziło jej plecy.
– A nie możemy iść spać gdzie indziej – zasugerowała od razu, właściwie już w tej sekundzie wyobrażając sobie jak pakuje najpotrzebniejsze rzeczy – a rano zajmie się tym Biuro Au- ah. Hm. Haha. No tak.