Eliksiry były najłatwiejszym możliwym wytłumaczeniem i prawdę powiedziawszy, gdyby posiadała w sobie odrobinę więcej świadomości, pewnie stwierdziłaby że zażywanie ich byłoby o wiele lepszym losem niż jej dziedzictwo. W końcu wziąć czy nie wziąć? Zawsze miało się tutaj jakiś wybór, a Larisa wyboru nie miała. Żyła ze swoim przodkiem; kiedyś była to chłodna tolerancja, która z czasem zmieniła się w akceptację. W świadomość, że nic, absolutnie nic nie było w stanie zmienić jej losu, dlatego poddała mu się w zupełności. Nie sprzeciwiała się Salazarowi nigdy, a on za to nagradzał ją tym chętniej.
Nazwiska miały wagę, to wiedzieli wszyscy. Ale w zachowaniu Larisy kryło się pewne przyzwyczajenie; do sklepiku Gregorovitchów nie zachodził nikt, kto nie powinien się tutaj znaleźć. Posiadali swoją renomę i nie było to coś, co reprezentował sobą chociażby taki Ollivander, ochoczo zapraszający do swoich pracowni każdego, kto tylko był chętny by wepchnąć mu w rękę różdżkę. Oni tego nie robili. Oni nie potrzebowali, by ci, którzy na to nie zasługiwali, posługiwali się ich wyrobami. Skoro więc Louvain Lestrange, syn Anthony'ego Lestrange'a pojawił się tutaj dzisiejszego dnia, cóż, wskazywało tylko na to, że tak musiało być. Może gdyby kobieta pamiętała Anthony'ago w jakimś wyraźniejszym wydaniu, pojawiłaby się na jej twarzy chociaż odrobina zrozumienia. Zamiast tego było mgliste wyczekiwanie, gotowe pomóc klientowi w jego problemach.
Przyglądała mu się, a właściwie jego ręce, która sięgnęła do płaszcza. Do wąskiej, wewnętrznej kieszeni, z której to zaraz wyłoniła się paczka. Spoczęła na ladzie z szeleszczącym dźwiękiem i jeśli Lestrange oczekiwał, że pakunek sam się rozpakuje, albo pomoże mu w tym pani Gregorovitch to nieco się przeliczył. Kobieta stała, z palcami złożonymi razem na dzielącym ich blacie i obserwowała znowu jego.
— Wykonanie ubrania ze skór magicznych stworzeń może być wyzwaniem. Te nie zawsze chcą się słuchać, nawet po śmierci. Ogólna zasada stanowi jednak, że jakiekolwiek stworzenie nosiło na sobie właściwości, te zostaną przeniesione na odzież. Jeśli chce pan, żeby to był płaszcz dla pana, to będę musiała zdjąć miarę — trybiki poruszyły się wolno, wprawiając kobietę w ruch. Dłonie zsunęły się z kontuaru, wędrując niżej i szukając centymetra, a także notesu. — Szaty stagnacji również mogę dla pana wykonać. Również ze skór. — wyprostowała się na nowo, tym razem już z centymetrem, ostrożnie układając przed sobą niewielki, poręczny notes, a także przynależny mu ołówek. Czekała, spokojnie i nieruchomo, jakby potrzebowała dalszego zezwolenia by zabrać się do pracy. Prawdę powiedziawszy, nie zawsze przyjmowała zamówienia kaletnicze. Robiła to niechętnie, z ociąganiem, bo był to przecież zakład snycerski. Ale może właśnie to nazwisko, które wydawało się Louvainowi przejść bez echa, w tym momencie działało swoją magię.