Wydali z siebie zaskoczony okrzyk oboje, aczkolwiek ten Bertiego był zdecydowanie głośniejszy i mocniejszy. Wydobył się pełną piersią, wiedziony po części strachem, który kazał mu tak szybko biec przez wrzosowiska. Nie był to strach paniczny, co pewnie warto byłoby zaznaczyć, bo Bott doskonale wiedział gdzie biegnie i po co - żeby ratować wszystko co się da, skoro swoje domostwo zostawił pod bezpiecznym okiem pracownika. Zwierzątka miały być zabezpieczone, budynki tak samo. Pozostawało więc działać w sprawie innych.
Mimo tego strachu i jakiejś nietypowej dla niego zaciętości, słowa Helloise wyraźnie wybiły go z rytmu. Podniósł, strzepnął ubranie, ale robił to jakby wolniej i wolniej, w takt wypowiadanych przez nią słów. To co mówiła brzmiało bardzo fatalistycznie i depresyjnie, a on nie był specjalistą - nie wiedział więc czy mógł udzielać rad psychologicznych. I to takich, które by działały.
— Pani Heluniu, ja wierzę, że Matka ma nas w swojej opiece — zapewnił ją na wstępie. Szkoda tylko, że dzisiaj chyba miała ich jakoś mniej, postanowiwszy zesłać im na głowy kataklizm. — Ale pada! Pada, pani to widzi? Szare, okropne, złe. NIENATURALNE?! Matka nam nigdy by czegoś takiego nie zrobiła!- wytarł dłoń w koszulę, ale po to by zgarnąć z niej szare smugi i pokazać jej to prosto przed twarzą.