Skoro tęskniła do wody, może spodobałoby się jej Llyn Llydaw. Było to co prawda jezioro i położone wysoko w górach, ale było dość pokaźnych rozmiarów. Roztaczało dookoła swój urok, odbijając niebo i w nocy można było policzyć na nim gwiazdy, patrząc się zaledwie na samą taflę. Rowle lubił czasem siadać nad jego brzegiem i myśleć. O dniu, który zostawił za plecami, o swoich zmartwieniach, radościach. O życiu. Była w nim też jakaś tęsknota, ale nie wody, a do samego nieba. Gdyby mógł, rozpostarłby skrzydła na zawsze i nie oglądał się za siebie. Ale morze… morze też było piękne. Morze kojarzyło mu się z tym magicznym momentem, kiedy horyzont całkowicie zatracał się w błękicie. Kiedy nie można było rozróżnić gdzie kończy się woda, a zaczyna powietrze. Morze wreszcie, kojarzyło mu się z błękitnymi do szaleństwa oczami, jakie nosiły istoty je zamieszkujące.
Leviathan znał oczy, jakimi patrzyły selkie. Nie raz tonął w nich, by wreszcie wynurzyć się na powierzchnię. Z niechęcią, ale nawet najznamienitszy pływak musiał wreszcie zaczerpnąć świeżego powietrza. Wydawało mu się przez to, że dostrzega w nieznajomej coś, przez co nie powinna zostać jeną wielką nieznajomą i ułudą, utkaną z morskiej piany która rozbije się o skały rzeczywistości, kiedy tylko postanowią opuścić skrawek plaży.
Patrzył na nią, oczyma równie błękitnymi co niebo, przeciętymi w pionie czernią źrenic i mrugającymi nienaturalnie. Było w nich coś smoczego, ale Rowle zawsze trzymał w sobie pewien smutek, że jego imię wcale smocze nie było. Nosił miano wodnej kreatury. Potwora mórz, który mieszkał w otchłani i przynosił chaos, zło i wreszcie też symbolizował niezatrzymywalne siły natury. W tym momencie miał jednak nadzieję, że nie zniszczy niczego, co miała do zaoferowania piękna nieznajoma.
Wiedział? Chciał wiedzieć. W tym momencie chciał posiadać całą możliwą wiedzę i opić się nie do rozpuku, byleby tylko móc ruszyć krok w krok, w ślad za kusicielką. Może gdyby to nie było dzisiaj, gdyby tylko poprzedniego dnia nie był zmuszony podpisać rozwodowych dokumentów, gdyby tylko nie było w nim jakiegoś żalu i rozczarowania z tym związanych. Gdyby tylko… miał w sobie więcej samozaparcia. Ale nigdy go nie miał. Nie kiedy chodziło o coś tak pięknego i ulotnego, jakby miało rozpłynąć się pod palcami.
Chciałby sprawdzić, na ile była prawdziwa i na ile ta prawda mogła trwać. A kiedy zobaczył, jak zaczyna rozsupływać troczki koszuli, przez moment patrzył się na nią. Tylko i aż.
— Moje serce? — powtórzył za nią, a palce powędrowały do materiału szaty, zsuwając ją z ramion i zaraz robiąc to samo z koszulą. Zimno, które panowało dookoła, nie miało teraz najmniejszego znaczenia. Jeśli go zdradzi, zawsze pozostawały eliksiry, które zaraz postawią go na nogi. A serce? Serce nie sługa, jak to mówiono. To biło teraz mocno, w rytm gnających do przodu myśli, chciałoby się powiedzieć, ale te zamiast gdzieś uciekać, zdawały się teraz unosić i opadać w rytmie otaczających ich fal. W rytmie nabieranych przez Nią oddechów i rozciąganego ciała. — Moje serce chce iść za tobą. Z tobą — poprawił się, jakby coś w nim czuło potrzebę sprecyzowania i obawiało się, że pierwsza deklaracja mogłaby doprowadzić do jej ucieczki. Teraz już obydwoje stali na piasku w niczym, co krępowałoby ich ruchy i zasłaniało przed chłodnym, słonym powietrzem, noszącym ze sobą morską pianę.