14.06.2026, 21:01 ✶
Bida z nedzą, tak se pomyślał, ledwo zobaczył zasmuconego Egde’a. I chuj wie, czy od tej diabelskiej nocy, czy od czego chłop był tak na smutno.
— Wolisz tego…? Eee. — Woody mlasnął parę razy, marszcząc czoło, gdy poszukiwał słowa. Nie chciał mu robić przykrości, jak Crow wolał inaczej. — Edge? — wyłuskał w końcu pseudonim z zapijaczonej łepetyny. — Może być i Edge. Mnie to rybka.
À propos rybek. Łapa Tarpaulina zanurkowała w blaszanym wiadrze, skorupiaki zadzwoniły o ścianki, a on wyłowił jednego i pstryknął go na podłogę, gdzie od razu znalazł się konsument. Woody patrzył chwilę na stworka chrupiącego robala, po czym podniósł dłoń i potarł o siebie wilgotne opuszki palców.
— Paskudztwo, co? — Wytarł rękę w spodnie. — Takie życie. Wziąłem, to co mam ich nie karmić. Siadasz? — Skinął zachęcająco na krzesło naprzeciwko siebie. — Lewy cię zaprosił — powtórzył, kiwając głową, choć zdawało się, że kiwa się za tą głową całe ciało. — Coś tam knocą na górze, nie? Hehe. Niech knocą, ino niech mi kuchnia będzie jutro na porę lunchu zdatna. — Gdy teraz myślał o tym, jak to się zbieranina rejwachowa porządziła na kuchni i w najlepsze bawiła w swoim towarzystwie, twarz starego na moment rozjaśnił ten sam uśmiech zmęczonego szczęścia, którym witał Edge'a. — Skoro u nich byłeś, to pewno widziałeś, że doszło nam dwoje. Sympatyczne dzieciaki.
To powiedziawszy, czarodziej popatrzył po tych kilku grupkach gości, co rezydowali na piwnicy, jakby sprawdzał, czy nikt nie wygląda na zainteresowanego ich rozmową. Była to prewencja na wyrost mocno, bo nikogo wcale nie obchodzili. Ludzie pili, dyskutowali, ktoś pochrapywał przy jednym ze stolików w najciemniejszym kącie. Woody spojrzał znów na Crowa i wtedy dopiero zadał pytanie:
— Co tam u ciebie? Jak się trzymasz ze wszystkim? — Na tym obszarze kroki stawiał bardzo ostrożnie, co było słychać, bo większe robił przerwy między słowami i większą do nich w ogólności przykładał wagę. Mierny był z niego psycholog, często brakowało mu subtelności i zręczności w tematach wrażliwych, ale słuchać był zawsze gotów.
— Wolisz tego…? Eee. — Woody mlasnął parę razy, marszcząc czoło, gdy poszukiwał słowa. Nie chciał mu robić przykrości, jak Crow wolał inaczej. — Edge? — wyłuskał w końcu pseudonim z zapijaczonej łepetyny. — Może być i Edge. Mnie to rybka.
À propos rybek. Łapa Tarpaulina zanurkowała w blaszanym wiadrze, skorupiaki zadzwoniły o ścianki, a on wyłowił jednego i pstryknął go na podłogę, gdzie od razu znalazł się konsument. Woody patrzył chwilę na stworka chrupiącego robala, po czym podniósł dłoń i potarł o siebie wilgotne opuszki palców.
— Paskudztwo, co? — Wytarł rękę w spodnie. — Takie życie. Wziąłem, to co mam ich nie karmić. Siadasz? — Skinął zachęcająco na krzesło naprzeciwko siebie. — Lewy cię zaprosił — powtórzył, kiwając głową, choć zdawało się, że kiwa się za tą głową całe ciało. — Coś tam knocą na górze, nie? Hehe. Niech knocą, ino niech mi kuchnia będzie jutro na porę lunchu zdatna. — Gdy teraz myślał o tym, jak to się zbieranina rejwachowa porządziła na kuchni i w najlepsze bawiła w swoim towarzystwie, twarz starego na moment rozjaśnił ten sam uśmiech zmęczonego szczęścia, którym witał Edge'a. — Skoro u nich byłeś, to pewno widziałeś, że doszło nam dwoje. Sympatyczne dzieciaki.
To powiedziawszy, czarodziej popatrzył po tych kilku grupkach gości, co rezydowali na piwnicy, jakby sprawdzał, czy nikt nie wygląda na zainteresowanego ich rozmową. Była to prewencja na wyrost mocno, bo nikogo wcale nie obchodzili. Ludzie pili, dyskutowali, ktoś pochrapywał przy jednym ze stolików w najciemniejszym kącie. Woody spojrzał znów na Crowa i wtedy dopiero zadał pytanie:
— Co tam u ciebie? Jak się trzymasz ze wszystkim? — Na tym obszarze kroki stawiał bardzo ostrożnie, co było słychać, bo większe robił przerwy między słowami i większą do nich w ogólności przykładał wagę. Mierny był z niego psycholog, często brakowało mu subtelności i zręczności w tematach wrażliwych, ale słuchać był zawsze gotów.
piw0 to moje paliwo