Gdyby tak na nią spojrzeć, bez upiornej otoczki całej sytuacji, wyglądałaby iście anielsko. Rozciągnięta pośród wrzosów, spokojna i wręcz do bólu nie pomna na jego lęki. Równie dobrze mogliby tworzyć jakiś obraz o końcu świata, gdzie on oddaje bezwolną panikę świata, a ona spokój kogoś, kto pogodził się ze swoim losem już dawno temu i w końcu dopatruje się prawdziwego wyzwolenia. Zazdrościł jej tej spokojności bardzo i gdyby tylko mógł, to chętnie by się nią zaraził. Niestety, ta nie rozprzestrzeniała się niczym choroba.
— Upiekłem? — Bertie na moment został wyrwany z panicznego, pośpiesznego rytmu. Wspomnienie o jedzeniu coś w nim wyraźnie poruszyło i zepchnęło umysł na nieco inne tory niż myślenie o popiele padającym z nieba. Co on właściwie dzisiaj…? Ah no tak. — Placek z czereśniami. Wziąłem je zamiast wiśni, żeby było bardziej kwaśne. To było na deser, a na obiad? Dusiłem dzisiaj karkówkę ze śliwkami, powinna pani spróbować, pani Heluniu, bo rozpadała się wręcz w ustach. Znaczy o ile pani mięsna… — Bott już zaczął się na poważnie rozważać, czy rozanielona Helloise jadała w ogóle mięso, bo wyglądała trochę na kogoś, kto jadłby tylko same roślinne posiłki, ale wyjątkowo duży płatek popiołu przeleciał mu przed oczami. — Nie! Pani Heluniu proszę mnie nie rozpraszać. Ja pani dam następnym razem ten placek, przysięgam, ale nie można tak leżeć pośród wrzosowiska, kiedy świat się kończy. A co jeśli te wrzosy się wreszcie zajmą ogniem? Widziałem straszny dym, oprócz tego że pada z nieba, coś na pewno już pali. Proszę, niech pani nie da się o siebie martwić, bo mi serce stanie, jak zmuszony będę tu panią zostawić samą! — złapał się zrozpaczony za głowę. — Ja nic nie wiem, a tak bardzo chciałbym wiedzieć. A co jeśli ten popiół nam spali całą Knieję? Co wtedy? Nic nie zostanie!!