16.06.2026, 17:30 ✶
Najpierw jej nie rozpoznał. Za szybko skryła się za kolumną. Mignęły mu jedynie płomienne włosy, wywołały wspomnienia, ale bez pewności. Wspólne chwile spędzone w Londynie, w Walii, a jeszcze wcześniej w Hogwarcie. Rozmowy o wszystkim i o niczym, przekomarzanie się. Każdy trudny moment, pierwsze i drugie rozstanie. Ucieczkę sprzed ołtarza, białą szeroką suknię znikającą wraz z jej właścicielką.
Icarus wstał z miejsca, odłożył filiżankę z kawą. Miał jeszcze jakieś maniery. I dobrze, bo inaczej, naczynie na pewno rozbiłoby się o kostkę brukową.
To była ona. Wyszła zza rogu na zawołanie Elisabeth. Dziewczyny, która nazywała ją matką. Wyglądała wprost doskonale, piękniej niż jakikolwiek szczegół tej zapierającej dech w piersiach wyspy. Upinała wciąż kręcone, płomieniste włosy, które chyba jeszcze bardziej pojaśniały od słońca. Rysy się jej wyostrzyły, spojrzenie nabrało doświadczenia. Ale wciąż była sobą. Tą samą kobietą, która tamtego dnia powiedziała mu "nie". Którą wciąż, jak skończony idiota, kochał bez pamięci.
– Mo… – potrafił powiedzieć tylko. Przez moment nie był w stanie wydusić słowa, nic innego poza jej imieniem. Chyba by się popłakał, gdyby Elisabeth nie stała obok. Dlatego wymusił uśmiech. Pełen niedowierzania, zmieszania. Jego oczy jednak mówiły wszystko. Patrzyły na nią, jakby była ósmym cudem świata. Jakby on sam umarł i właśnie trafił w miejsce, gdzie jego wspomnienia żyły własnym życiem. – Ty też. Mam na myśli, że… bogowie, wyglądasz jeszcze piękniej niż… niż wtedy.
Spojrzał na Elisabeth. Jej córkę. Córkę Mony. Miał rację, że widział na jej twarzy tamten uśmiech. Poza tym, jednak, dziewczyna była mniej podobna do Mo, a bardziej do… do kogo? Ile mogła mieć lat? Icarus zbladł na samą myśl. Jeśli była młodsza niż około dwadzieścia, znaczyłoby to, że kobieta jego życia po prostu znalazła sobie kogoś innego. Była z innym facetem. Icarusa ta myśl nie powinna oczywiście denerwować, ale bądź, co bądź, powodowała ukłucie żalu. Druga ewentualność jednak… ona sprawiała, że zrobiło się mu słabo.
Czy jest moja? – chciał zapytać, ale nie robił tego. Nie chciał prowadzić tej rozmowy przy dziewczynie.
– Czyli przeniosłaś się tu. Do Grecji – Spróbował zabrzmieć swobodnie. Wyszło średnio.
Icarus wstał z miejsca, odłożył filiżankę z kawą. Miał jeszcze jakieś maniery. I dobrze, bo inaczej, naczynie na pewno rozbiłoby się o kostkę brukową.
To była ona. Wyszła zza rogu na zawołanie Elisabeth. Dziewczyny, która nazywała ją matką. Wyglądała wprost doskonale, piękniej niż jakikolwiek szczegół tej zapierającej dech w piersiach wyspy. Upinała wciąż kręcone, płomieniste włosy, które chyba jeszcze bardziej pojaśniały od słońca. Rysy się jej wyostrzyły, spojrzenie nabrało doświadczenia. Ale wciąż była sobą. Tą samą kobietą, która tamtego dnia powiedziała mu "nie". Którą wciąż, jak skończony idiota, kochał bez pamięci.
– Mo… – potrafił powiedzieć tylko. Przez moment nie był w stanie wydusić słowa, nic innego poza jej imieniem. Chyba by się popłakał, gdyby Elisabeth nie stała obok. Dlatego wymusił uśmiech. Pełen niedowierzania, zmieszania. Jego oczy jednak mówiły wszystko. Patrzyły na nią, jakby była ósmym cudem świata. Jakby on sam umarł i właśnie trafił w miejsce, gdzie jego wspomnienia żyły własnym życiem. – Ty też. Mam na myśli, że… bogowie, wyglądasz jeszcze piękniej niż… niż wtedy.
Spojrzał na Elisabeth. Jej córkę. Córkę Mony. Miał rację, że widział na jej twarzy tamten uśmiech. Poza tym, jednak, dziewczyna była mniej podobna do Mo, a bardziej do… do kogo? Ile mogła mieć lat? Icarus zbladł na samą myśl. Jeśli była młodsza niż około dwadzieścia, znaczyłoby to, że kobieta jego życia po prostu znalazła sobie kogoś innego. Była z innym facetem. Icarusa ta myśl nie powinna oczywiście denerwować, ale bądź, co bądź, powodowała ukłucie żalu. Druga ewentualność jednak… ona sprawiała, że zrobiło się mu słabo.
Czy jest moja? – chciał zapytać, ale nie robił tego. Nie chciał prowadzić tej rozmowy przy dziewczynie.
– Czyli przeniosłaś się tu. Do Grecji – Spróbował zabrzmieć swobodnie. Wyszło średnio.
Too close to the Sun
You warned me, Father
That if I flew too high
I would fall.
You warned me, Father
That if I flew too high
I would fall.