17.06.2026, 13:45 ✶
Ciężkie, kute pręty rozpadły się na setki ostrych, czarnych odłamków. Przez ułamek sekundy deszcz metalowych drzazg sypał się gwałtownie wokół niej i Hannibala, lecz nim zdołał dotknąć kamiennego podłoża, zaczął blednąć, rozpraszać się w szary pył i znikać w nicości, nie pozostawiając po sobie fizycznego śladu.
Widząc zagłade swojej osłony oraz pędzace ku nim macki oderwała zdecydowanym lecz ostrożnym ruchem od Hannibala. Z trudem znajdują oparcie dla stóp na śliskiej nawierzchni spubowała stanąć na własnych nogach. Długo spódnica maskowała drżenie kolan, na których próbowała ustabilizować swoje obolałe ciało. Chrapiwy odgłos łapanego ustami powietrza zmienił się w ostry nosowy świst krutkich, przerywanych gwałtownie przez grymas bólu oddechów.
Dźwignęła się, prostując powoli sylwetkę. Lewą dłoń kurczowo, niemal boleśnie przycisnęła do lewego boku, próbując utrzymać w ryzach uszkodzone żebra. Wydawała się teraz niesamowicie blada, wręcz widmowa na tle ciemnych skał, lecz w jej błękitnych oczach próżno było szukać rezygnacji. Spojrzała na przerażoną twarz aktora. Z karminowych ust, po bladych policzkach ściekała krewa, burza zmierzwionych blond włosów okrywala w nieładzie jej ramiona. Pośród szarych, wilgotnych plam, na zmierzwionym hacie białej koszuli pojawiły się powoli rosnące krople czerwieni, która uciekła z ust.
— To scena. — wysyczała, z zaskakujacą melodyjnością głosu mimo, że był teraz rwany, z trudem przeciskający się przez zaciśnięte zęby. — Wzniesiesz ją na swoim blasku… albo zupełnie ją przyćmisz jeżeli zdecydujesz. W gruncie rzeczy nie różni się to od wystepu z Cordelią. - Nie była to do końca prawda. Mówiła jednak z tak lodowatą, niezachwianą pewnością siebie, jakby to była jedyna istotna prawda w tej jaskini. To, że słowa były rwane bolesnym wysiłkiem łapania oddechów, nie ujmowało im ani grama drapieżnej godności.
Zmierzając szybko różdzką do postawienia kolejnej tarczy wskzała na kierunek. - Ruszaj w prawo, pod scianę. Daj jej znać, niech Cię osłania - Mówiła coraz ciszej, tracać impet mówienia na rzecz równiejszych oddechów, wskazujac tylko óżdżką to kierunek to Hestię.
Ponagliła Hannibala zdecydowanym, drapieżnym gestem głowy, odwołując się do jego teatralnego instynktu. — Cue. Idź.- Zabrzmiało to wyjątkowo spokojnie. Jak westchniene na koniec wysiłku. Skupiajac się już wyłącznie na defensywie i zadaniu jakiem miała w głowie ruszyła z miejsca. Ignorując rozrywający ból przy każdym płytkim wdechu, odwróciła głowę w stronę Trelawneya. Uniosła prawą dłoń z różdżką i wykonała w jego kierunku krótki, zapraszajacy gest, miedzy prubami osłony przed mackami. Nie tracąc czasu, ruszyła naprzód, lekko utykając, by spotkać się z wróżbitą tuż przy runicznym łańcuchu.
Rzucam na kształtowanie ◉○○○○: staram się wyczarować tarczę ze stalowych prentów, która mogłaby ochronić przez atakami Ceo i Hannibala zanim ruszymy w swoje strony.
Rzucam na translokację ◉◉○○○: staram się odbijać lecące w Ceo lub Hannibala ataki macek, ogonów, kamieni lub innych pocisków.
Widząc zagłade swojej osłony oraz pędzace ku nim macki oderwała zdecydowanym lecz ostrożnym ruchem od Hannibala. Z trudem znajdują oparcie dla stóp na śliskiej nawierzchni spubowała stanąć na własnych nogach. Długo spódnica maskowała drżenie kolan, na których próbowała ustabilizować swoje obolałe ciało. Chrapiwy odgłos łapanego ustami powietrza zmienił się w ostry nosowy świst krutkich, przerywanych gwałtownie przez grymas bólu oddechów.
Dźwignęła się, prostując powoli sylwetkę. Lewą dłoń kurczowo, niemal boleśnie przycisnęła do lewego boku, próbując utrzymać w ryzach uszkodzone żebra. Wydawała się teraz niesamowicie blada, wręcz widmowa na tle ciemnych skał, lecz w jej błękitnych oczach próżno było szukać rezygnacji. Spojrzała na przerażoną twarz aktora. Z karminowych ust, po bladych policzkach ściekała krewa, burza zmierzwionych blond włosów okrywala w nieładzie jej ramiona. Pośród szarych, wilgotnych plam, na zmierzwionym hacie białej koszuli pojawiły się powoli rosnące krople czerwieni, która uciekła z ust.
— To scena. — wysyczała, z zaskakujacą melodyjnością głosu mimo, że był teraz rwany, z trudem przeciskający się przez zaciśnięte zęby. — Wzniesiesz ją na swoim blasku… albo zupełnie ją przyćmisz jeżeli zdecydujesz. W gruncie rzeczy nie różni się to od wystepu z Cordelią. - Nie była to do końca prawda. Mówiła jednak z tak lodowatą, niezachwianą pewnością siebie, jakby to była jedyna istotna prawda w tej jaskini. To, że słowa były rwane bolesnym wysiłkiem łapania oddechów, nie ujmowało im ani grama drapieżnej godności.
Zmierzając szybko różdzką do postawienia kolejnej tarczy wskzała na kierunek. - Ruszaj w prawo, pod scianę. Daj jej znać, niech Cię osłania - Mówiła coraz ciszej, tracać impet mówienia na rzecz równiejszych oddechów, wskazujac tylko óżdżką to kierunek to Hestię.
Ponagliła Hannibala zdecydowanym, drapieżnym gestem głowy, odwołując się do jego teatralnego instynktu. — Cue. Idź.- Zabrzmiało to wyjątkowo spokojnie. Jak westchniene na koniec wysiłku. Skupiajac się już wyłącznie na defensywie i zadaniu jakiem miała w głowie ruszyła z miejsca. Ignorując rozrywający ból przy każdym płytkim wdechu, odwróciła głowę w stronę Trelawneya. Uniosła prawą dłoń z różdżką i wykonała w jego kierunku krótki, zapraszajacy gest, miedzy prubami osłony przed mackami. Nie tracąc czasu, ruszyła naprzód, lekko utykając, by spotkać się z wróżbitą tuż przy runicznym łańcuchu.
Rzucam na kształtowanie ◉○○○○: staram się wyczarować tarczę ze stalowych prentów, która mogłaby ochronić przez atakami Ceo i Hannibala zanim ruszymy w swoje strony.
Rzut O 1d100 - 77
Sukces!
Sukces!
Rzucam na translokację ◉◉○○○: staram się odbijać lecące w Ceo lub Hannibala ataki macek, ogonów, kamieni lub innych pocisków.
Rzut N 1d100 - 34
Akcja nieudana
Akcja nieudana