17.03.2023, 13:41 ✶
Moody za maską niewzruszenia, obserwował wszystko z uwagą godną tylko jemu. Widział tutaj mały tłum ludzi, których mógł nazwać dobrymi, serdecznymi przyjaciółmi. Darzył ich w większości olbrzymim zaufaniem nawet w obliczu potencjalnie dramatycznej walki. Był człowiekiem dobrze wyszkolonym, idealnym żołnierzykiem, zdolnym do wszystkiego w imię przyświecającej ich sprawie idei, ale miało to wszystko swoją wyraźną granicę w tym jednym, małym fakcie - wieku. Podobnie jak Patrick, pękł widząc jak młoda Wood przytula się do kolegi i odchodzi stąd tak, jak gdyby nie wisiało nad nimi widmo śmierci tysięcy ludzi. Jego usta zacisnęły się na moment w wąską linię, ale aura nawet nie drgnęła. To takich ludzi właśnie, niewinnych i mających przed sobą całe życie przysiągł chronić i... dlaczego mieli robić to u jego boku? Czy naprawdę byli w aż tak dramatycznej sytuacji?
Gdyby tylko mógł, udźwignąłby to wszystko sam, byle wszyscy tutaj zebrani byli bezpieczni. I tak, dotarły do niego słowa Stewarda, ale to nie zmieniało nic w tym, że myślał o tych wszystkich ludziach zbyt ciepło, aby nie poddawać wątpliwości ich uczestnictwu w stawianiu oporu seryjnym mordercom. Naprawdę potrzebowali tutaj Danielle? NAPRAWDĘ? Nie powinna mu teraz, nie wiem, wysyłać listu nakazującego udanie się na urlop wypoczynkowy?
Z chwilowej atmosfery gniewu narastającego gdzieś w sercu, wyciągnęła go Mavie. Szybko złapał z nią kontakt wzrokowy, który podsumował szerokim, ciepłym uśmiechem. Takim, za którym kryje się, wbrew temu, co pomyślał sobie Charles, odrobinę za dużo złych wspomnień, żeby miał teraz szukać z Bones odosobnienia. Ale Moody zaakceptował to, że ich relacja prawdopodobnie nigdy nie przyjmie swojej dawnej formy już dawno, kiedy dziewczyna wyjaśniła mu to w sposób... dobitny. Ale... to też nie było raczej tak, że można się było tak po prostu odkochać, czego pięknym dowodem było to, jak szybko przybiegła tutaj skorygować jego niedopatrzenie.
- Dz-dzięki.
Trochę cisnęło mu się na usta „czy poprawisz mi też krawat”, ale połowa zgromadzonych należała do jej rodziny, a on niekoniecznie chciał budować tutaj coś, czego Mavelle by nie chciała. Niech więc te niedopowiedzenia pozostaną pomiędzy nimi, bo nie zmienili się przecież na tyle, aby do rozumienia się potrzebować jakichkolwiek słów. To było kiedyś ich święto. Będąc z nim na tyle blisko, musiała wiedzieć, co widział w swoim umyśle i na jakich emocjach mu zagrała.
Największą widoczną na zewnątrz reakcję wywołała w nim Brenna. Moody zaśmiał się żywo, pozwalając Longbottom odejść w akompaniamencie jego buńczucznego śmiechu.
Wyciągnął z kieszeni paczkę papierosów i zaoferował jednego Mavelle, szybko jednak dostrzegł spojrzenie Stewarda.
- Połamania łap na patrolu. Kto trafi na najgorszy syf, stawia jutro kolejkę.
Chociaż ponownie nie zostało to wypowiedziane na głos, domysły nakazywały paniom iść przodem.
Gdyby tylko mógł, udźwignąłby to wszystko sam, byle wszyscy tutaj zebrani byli bezpieczni. I tak, dotarły do niego słowa Stewarda, ale to nie zmieniało nic w tym, że myślał o tych wszystkich ludziach zbyt ciepło, aby nie poddawać wątpliwości ich uczestnictwu w stawianiu oporu seryjnym mordercom. Naprawdę potrzebowali tutaj Danielle? NAPRAWDĘ? Nie powinna mu teraz, nie wiem, wysyłać listu nakazującego udanie się na urlop wypoczynkowy?
Z chwilowej atmosfery gniewu narastającego gdzieś w sercu, wyciągnęła go Mavie. Szybko złapał z nią kontakt wzrokowy, który podsumował szerokim, ciepłym uśmiechem. Takim, za którym kryje się, wbrew temu, co pomyślał sobie Charles, odrobinę za dużo złych wspomnień, żeby miał teraz szukać z Bones odosobnienia. Ale Moody zaakceptował to, że ich relacja prawdopodobnie nigdy nie przyjmie swojej dawnej formy już dawno, kiedy dziewczyna wyjaśniła mu to w sposób... dobitny. Ale... to też nie było raczej tak, że można się było tak po prostu odkochać, czego pięknym dowodem było to, jak szybko przybiegła tutaj skorygować jego niedopatrzenie.
- Dz-dzięki.
Trochę cisnęło mu się na usta „czy poprawisz mi też krawat”, ale połowa zgromadzonych należała do jej rodziny, a on niekoniecznie chciał budować tutaj coś, czego Mavelle by nie chciała. Niech więc te niedopowiedzenia pozostaną pomiędzy nimi, bo nie zmienili się przecież na tyle, aby do rozumienia się potrzebować jakichkolwiek słów. To było kiedyś ich święto. Będąc z nim na tyle blisko, musiała wiedzieć, co widział w swoim umyśle i na jakich emocjach mu zagrała.
Największą widoczną na zewnątrz reakcję wywołała w nim Brenna. Moody zaśmiał się żywo, pozwalając Longbottom odejść w akompaniamencie jego buńczucznego śmiechu.
Wyciągnął z kieszeni paczkę papierosów i zaoferował jednego Mavelle, szybko jednak dostrzegł spojrzenie Stewarda.
- Połamania łap na patrolu. Kto trafi na najgorszy syf, stawia jutro kolejkę.
Chociaż ponownie nie zostało to wypowiedziane na głos, domysły nakazywały paniom iść przodem.
fear is the mind-killer.