20.06.2026, 16:28 ✶
Moją pierwszą myślą również były bociany, lecz jeśli wierzyć źródłom (sieci Internet) w Anglii w owych czasach bocianów nie było, ponieważ zabobonni Wyspiarze wytłukli je za to, że wiły gniazda przy domach cudzołożników i ich w ten sposób outowały.
O harcujących duchach (bądź innym bycie) mogła co nieco Helloise opowiedzieć, lecz — nie chcąc zmieniać toru rozmowy — także i z tą dygresją nie zdradziła się Ambrosii. Rozterki dotyczące domu na kurzej nóżce zamierzała skonsultować zresztą następnego dnia z inną wróżbitką.
— Klekot — potwierdziła czarownica, zanurzając palce w mięciutkim futerku Flądry. — Zdaje się, że to jakiś kolekcjoner? Szukaj, gdzie trzeba. Nie spiesz się. Mam czas. Dziś mogę tu być tyle, ile będziesz potrzebowała. Żeby myśleć… Żeby szukać… Pytać… — Skupiła wzrok na kocim pyszczku, aby dać McKinnon nieco więcej przestrzeni na swobodne przerobienie sprawy wedle jej własnego uznania.
Helloise miała wobec tego rękopisu nadzieje, skoro dowiedziała się, że rzeczywiście żyje w Londynie człowiek go posiadający. I ileż lepiej zaopiekowałaby się księgą ona. Głaszcząc bezmyślnie kotkę, wyobrażała już sobie, jak przedmiot trafia w jej ręce, jak ona otwiera go, ogląda strony, studiuje każdą literę dawno utraconej wiedzy herbologicznej. Cóż się tam kryło i — co ważniejsze — czy mogła tego użyć, aby stworzyć coś, z czym się nie spotkała ona ani żaden jej współczesny?
O harcujących duchach (bądź innym bycie) mogła co nieco Helloise opowiedzieć, lecz — nie chcąc zmieniać toru rozmowy — także i z tą dygresją nie zdradziła się Ambrosii. Rozterki dotyczące domu na kurzej nóżce zamierzała skonsultować zresztą następnego dnia z inną wróżbitką.
— Klekot — potwierdziła czarownica, zanurzając palce w mięciutkim futerku Flądry. — Zdaje się, że to jakiś kolekcjoner? Szukaj, gdzie trzeba. Nie spiesz się. Mam czas. Dziś mogę tu być tyle, ile będziesz potrzebowała. Żeby myśleć… Żeby szukać… Pytać… — Skupiła wzrok na kocim pyszczku, aby dać McKinnon nieco więcej przestrzeni na swobodne przerobienie sprawy wedle jej własnego uznania.
Helloise miała wobec tego rękopisu nadzieje, skoro dowiedziała się, że rzeczywiście żyje w Londynie człowiek go posiadający. I ileż lepiej zaopiekowałaby się księgą ona. Głaszcząc bezmyślnie kotkę, wyobrażała już sobie, jak przedmiot trafia w jej ręce, jak ona otwiera go, ogląda strony, studiuje każdą literę dawno utraconej wiedzy herbologicznej. Cóż się tam kryło i — co ważniejsze — czy mogła tego użyć, aby stworzyć coś, z czym się nie spotkała ona ani żaden jej współczesny?
dotknij trawy