21.06.2026, 18:38 ✶
To był wyjątkowo długi wieczór, ale przyjemnie było chociaż na chwilę wrócić do upragnionej normalności po ostatnich, wydarzeniach. Nie był to może typowy, wystawny bal, do jakich Cynthia od zawsze miała tak ogromną słabość, ale wieczorowe kreacje i wszechobecna elegancja sprawiły, że bankiet zorganizowany po teatralnym przedstawieniu okazał się całkiem dobrym substytutem. Drinki i przekąski były bez zarzutu, cel całego wydarzenia szczytny, a ona miała wreszcie rzadką okazję spędzić trochę czasu z Brenną czy Atreusem, a także z samym Louvainem. Co najważniejsze – na czymś zupełnie innym niż wzajemne przekrzykiwanie się, co w ciągu ostatnich kilku tygodni zdawało się stać ich główną i właściwie jedyną formą komunikacji.
Tak przynajmniej naiwnie myślała do czasu, gdy oficjalnie ogłoszono tańce z losowo wybranym partnerem. Jako kobieta Cynthia zwyczajnie lubiła tańczyć, a jako wieloletni pracownik Ministerstwa Magii po prostu nie chciała i nie mogła demonstracyjnie odmówić wyjścia na parkiet. Taki gest mógłby momentalnie wzbudzić niepotrzebne plotki i wątpliwości dotyczące jej nienagannej dotąd reputacji, zwłaszcza że Lestrange niezbyt kwapił się do tańca. Anthony'ego Shafiqa znała dotychczas głównie z widzenia, więc nawiązanie z nim konwersacji oraz jakiejkolwiek formy znajomości mogło w przyszłości okazać się niezwykle użyteczne. Ich rozmowa podczas wspólnego walca nie była może długa, ale za to całkiem interesująca. Mężczyzna wydał jej się człowiekiem, do którego z czysto pragmatycznych powodów warto mieć jakieś bezpośrednie dojście – choć w tamtej chwili nie do końca potrafiła racjonalnie uzasadnić, dlaczego podświadomość wysyła jej taki sygnał.
Gdy melodia dobiegła końca, a wirujący świat dookoła nich wreszcie przestał się rozmywać, podziękowała czarodziejowi z uprzejmym uśmiechem i spokojnie wróciła do swojego towarzystwa. Uprzednio odruchowo wygładziła materiał granatowej sukni i zdecydowanym ruchem dłoni zgarnęła jasne pasma włosów na plecy, chcąc odrobinę doprowadzić się do porządku. Widok twarzy Louvaina na pierwszy nie zdradzał absolutnie niczego niepokojącego. Mężczyzna jak zwykle wirował wśród londyńskiej socjety z godną podziwu, niemal dziecięcą łatwością, ale jego oczy… Cóż, Cynthia znała je aż nazbyt dobrze. Wiedziała doskonale, że te onyksowe, głębokie tęczówki kryły w tamtym momencie lodowate niezadowolenie oraz tłumioną z trudem wściekłość. Nie miała pojęcia, co było tego realną przyczyną – przynajmniej do czasu, aż podszedł blisko i zaczął rozmowę w tonie, który w jej odczuciu miał na celu wyłącznie jakieś subtelne ukaranie jej. Przyglądała mu się okazjonalnie w trakcie trwania bankietu, ale skoro on sam wyraźnie nie życzył sobie wylewności, nie próbowała go w żaden sposób zaczepiać. Ostatecznie, gdy przyjęcie dobiegało już końca, dopiła swojego szampana, pożegnała się ze znajomymi,wychodząc przed budynek, gdzie miała na nich czekać zaczarowana karoca.
Na zewnątrz przywitało ją chłodne i rześkie powietrze. Przez gęsto zachmurzone niebo noc była niemal całkowicie ciemna i jedynie zawieszone w powietrzu magiczne światła tliły się leniwie dookoła, rzucając na brukowaną ścieżkę długie, głębokie cienie i przypominając swoim blaskiem małe, tańczące świetliki. Ze środka budynku wciąż dobiegał stłumiony gwar zbierających się do powrotu gości, gdzieś w oddali rozbrzmiewał czyjś śmiech, który skutecznie zagłuszał miarowy odgłos kół pojazdu toczącego się po kamieniach. Cynthia poprawiła szal na ramionach, zakrywając odsłoniętą skórę cienkim materiałem idealnie pasującym do jej dopasowanej, eleganckiej sukni, po czym bez słowa wsiadła do środka, układając na kolanach podręczną torebkę. Usiadła naprzeciwko niego, tuż przy oknie po drugiej stronie powozu, i natychmiast odwróciła twarz w stronę ciemnej szyby, cicho wzdychając. Louvain wyglądał w tamtym momencie niczym oburzony, skrajnie niezadowolony z życia chłopiec, który z najwyższym trudem tłumił w sobie rosnącą irytację oraz gniew. Ona z kolei ostatnie, na co miała w tej chwili ochotę, to ponowne wszczynanie kłótni lub wdawanie się w złośliwe, wycieńczające dyskusje. Powóz ruszył. Dziewczyna przymknęła na dłuższą chwilę powieki, czując przy policzku przyjemny chłód bijący od szklanej tafli okna. Głęboka cisza nie trwała jednak przez całą podróż,tak, jak wcześniej zakładała. Głos mężczyzny niespodziewanie rozniósł się echem w zamkniętym wnętrzu, które przypominało szczelną bańkę całkowicie odcinającą ich od reszty świata.
– Dobrze się bawiłam, przyjemnie było po prostu wyjść do ludzi.– odparła jedynie. Mówiła spokojnym, wyważonym tonem i delikatnie wzruszyła ramionami, przez co jej jasne włosy zakołysały się leniwie i spłynęły kaskadą do przodu. Ciemnowłosy mówił jednak dalej, co zmusiło ją do wyprostowania głowy i obdarzenia go bezpośrednim spojrzeniem niebieskich oczu. Na bladej twarzy Louvaina co chwilę odbijało się żółte światło mijanych latarni ulicznych, co tylko potęgowało wyraz jego skrajnego niezadowolenia. Brwi dziewczyny drgnęły nieznacznie. Musiała z najwyższym trudem powstrzymać cisnący się na usta uśmiech rozbawienia, ponieważ za nic w świecie nie chciała mierzić go mocniej, niż było to w tej chwili konieczne.
– Byłam święcie przekonana, że nie będziesz tym faktem ani trochę zaskoczony. Ostatecznie przyjaźnię się z Brenną od pierwszej klasy w Hogwarcie, jeśli to do niej w tym momencie nawiązujesz. Przyszła z Atreusem.
Cynthia naprawdę nie widziała w swoim zachowaniu żadnego racjonalnego powodu do jego nagłej złości. Mógł być osobiście niezadowolony z doboru jej towarzystwa, ale niemal dwudziestoletniej, lojalnej relacji nie dało się przecież wyrzucić z życia ot tak. Zwłaszcza że brunetka była przy niej razem z Tori w tych wszystkich momentach, gdy w jej życiu było ciężko. Mimowolnie przeanalizowała w pamięci cały przebieg tego wieczoru, krok po kroku, ale nie zauważyła absolutnie niczego, co mogłoby doprowadzić Lestrange'a z doskonałego humoru na sam skraj emocjonalnego wybuchu.
O tym, co ukradkiem słyszała wśród złośliwych plotek tego wieczoru – zwłaszcza z ust starszych dam, gdy udała się na moment poprawić makijaż w łazience – nie miała teraz najmniejszej ochoty rozmawiać. Liczyła na to, że ten jeden jedyny wieczór mógłby być przecież całkowicie normalny.
– Dlaczego więc wyglądasz na tak potwornie zirytowanego?
Doprawdy, Louvain Lestrange był w jej oczach czystym usposobieniem chaosu – najbardziej zmiennym i nieprzewidywalnym elementem całego jej dotychczasowego życia w ostatnich miesiącach. Uniosła dłoń, powolnym ruchem przeczesując palcami jasne pasma włosów, po czym zdecydowanie odwróciła od niego wzrok. Skierowała go w dół, na leżącą na kolanach torebkę, w której zaczęła czegoś szukać. W tym samym momencie jedwabny szal zsunął się nieco z jej ramion, próbując bezwładnie opaść na kolana i skutecznie jej to utrudnić.
Tak przynajmniej naiwnie myślała do czasu, gdy oficjalnie ogłoszono tańce z losowo wybranym partnerem. Jako kobieta Cynthia zwyczajnie lubiła tańczyć, a jako wieloletni pracownik Ministerstwa Magii po prostu nie chciała i nie mogła demonstracyjnie odmówić wyjścia na parkiet. Taki gest mógłby momentalnie wzbudzić niepotrzebne plotki i wątpliwości dotyczące jej nienagannej dotąd reputacji, zwłaszcza że Lestrange niezbyt kwapił się do tańca. Anthony'ego Shafiqa znała dotychczas głównie z widzenia, więc nawiązanie z nim konwersacji oraz jakiejkolwiek formy znajomości mogło w przyszłości okazać się niezwykle użyteczne. Ich rozmowa podczas wspólnego walca nie była może długa, ale za to całkiem interesująca. Mężczyzna wydał jej się człowiekiem, do którego z czysto pragmatycznych powodów warto mieć jakieś bezpośrednie dojście – choć w tamtej chwili nie do końca potrafiła racjonalnie uzasadnić, dlaczego podświadomość wysyła jej taki sygnał.
Gdy melodia dobiegła końca, a wirujący świat dookoła nich wreszcie przestał się rozmywać, podziękowała czarodziejowi z uprzejmym uśmiechem i spokojnie wróciła do swojego towarzystwa. Uprzednio odruchowo wygładziła materiał granatowej sukni i zdecydowanym ruchem dłoni zgarnęła jasne pasma włosów na plecy, chcąc odrobinę doprowadzić się do porządku. Widok twarzy Louvaina na pierwszy nie zdradzał absolutnie niczego niepokojącego. Mężczyzna jak zwykle wirował wśród londyńskiej socjety z godną podziwu, niemal dziecięcą łatwością, ale jego oczy… Cóż, Cynthia znała je aż nazbyt dobrze. Wiedziała doskonale, że te onyksowe, głębokie tęczówki kryły w tamtym momencie lodowate niezadowolenie oraz tłumioną z trudem wściekłość. Nie miała pojęcia, co było tego realną przyczyną – przynajmniej do czasu, aż podszedł blisko i zaczął rozmowę w tonie, który w jej odczuciu miał na celu wyłącznie jakieś subtelne ukaranie jej. Przyglądała mu się okazjonalnie w trakcie trwania bankietu, ale skoro on sam wyraźnie nie życzył sobie wylewności, nie próbowała go w żaden sposób zaczepiać. Ostatecznie, gdy przyjęcie dobiegało już końca, dopiła swojego szampana, pożegnała się ze znajomymi,wychodząc przed budynek, gdzie miała na nich czekać zaczarowana karoca.
Na zewnątrz przywitało ją chłodne i rześkie powietrze. Przez gęsto zachmurzone niebo noc była niemal całkowicie ciemna i jedynie zawieszone w powietrzu magiczne światła tliły się leniwie dookoła, rzucając na brukowaną ścieżkę długie, głębokie cienie i przypominając swoim blaskiem małe, tańczące świetliki. Ze środka budynku wciąż dobiegał stłumiony gwar zbierających się do powrotu gości, gdzieś w oddali rozbrzmiewał czyjś śmiech, który skutecznie zagłuszał miarowy odgłos kół pojazdu toczącego się po kamieniach. Cynthia poprawiła szal na ramionach, zakrywając odsłoniętą skórę cienkim materiałem idealnie pasującym do jej dopasowanej, eleganckiej sukni, po czym bez słowa wsiadła do środka, układając na kolanach podręczną torebkę. Usiadła naprzeciwko niego, tuż przy oknie po drugiej stronie powozu, i natychmiast odwróciła twarz w stronę ciemnej szyby, cicho wzdychając. Louvain wyglądał w tamtym momencie niczym oburzony, skrajnie niezadowolony z życia chłopiec, który z najwyższym trudem tłumił w sobie rosnącą irytację oraz gniew. Ona z kolei ostatnie, na co miała w tej chwili ochotę, to ponowne wszczynanie kłótni lub wdawanie się w złośliwe, wycieńczające dyskusje. Powóz ruszył. Dziewczyna przymknęła na dłuższą chwilę powieki, czując przy policzku przyjemny chłód bijący od szklanej tafli okna. Głęboka cisza nie trwała jednak przez całą podróż,tak, jak wcześniej zakładała. Głos mężczyzny niespodziewanie rozniósł się echem w zamkniętym wnętrzu, które przypominało szczelną bańkę całkowicie odcinającą ich od reszty świata.
– Dobrze się bawiłam, przyjemnie było po prostu wyjść do ludzi.– odparła jedynie. Mówiła spokojnym, wyważonym tonem i delikatnie wzruszyła ramionami, przez co jej jasne włosy zakołysały się leniwie i spłynęły kaskadą do przodu. Ciemnowłosy mówił jednak dalej, co zmusiło ją do wyprostowania głowy i obdarzenia go bezpośrednim spojrzeniem niebieskich oczu. Na bladej twarzy Louvaina co chwilę odbijało się żółte światło mijanych latarni ulicznych, co tylko potęgowało wyraz jego skrajnego niezadowolenia. Brwi dziewczyny drgnęły nieznacznie. Musiała z najwyższym trudem powstrzymać cisnący się na usta uśmiech rozbawienia, ponieważ za nic w świecie nie chciała mierzić go mocniej, niż było to w tej chwili konieczne.
– Byłam święcie przekonana, że nie będziesz tym faktem ani trochę zaskoczony. Ostatecznie przyjaźnię się z Brenną od pierwszej klasy w Hogwarcie, jeśli to do niej w tym momencie nawiązujesz. Przyszła z Atreusem.
Cynthia naprawdę nie widziała w swoim zachowaniu żadnego racjonalnego powodu do jego nagłej złości. Mógł być osobiście niezadowolony z doboru jej towarzystwa, ale niemal dwudziestoletniej, lojalnej relacji nie dało się przecież wyrzucić z życia ot tak. Zwłaszcza że brunetka była przy niej razem z Tori w tych wszystkich momentach, gdy w jej życiu było ciężko. Mimowolnie przeanalizowała w pamięci cały przebieg tego wieczoru, krok po kroku, ale nie zauważyła absolutnie niczego, co mogłoby doprowadzić Lestrange'a z doskonałego humoru na sam skraj emocjonalnego wybuchu.
O tym, co ukradkiem słyszała wśród złośliwych plotek tego wieczoru – zwłaszcza z ust starszych dam, gdy udała się na moment poprawić makijaż w łazience – nie miała teraz najmniejszej ochoty rozmawiać. Liczyła na to, że ten jeden jedyny wieczór mógłby być przecież całkowicie normalny.
– Dlaczego więc wyglądasz na tak potwornie zirytowanego?
Doprawdy, Louvain Lestrange był w jej oczach czystym usposobieniem chaosu – najbardziej zmiennym i nieprzewidywalnym elementem całego jej dotychczasowego życia w ostatnich miesiącach. Uniosła dłoń, powolnym ruchem przeczesując palcami jasne pasma włosów, po czym zdecydowanie odwróciła od niego wzrok. Skierowała go w dół, na leżącą na kolanach torebkę, w której zaczęła czegoś szukać. W tym samym momencie jedwabny szal zsunął się nieco z jej ramion, próbując bezwładnie opaść na kolana i skutecznie jej to utrudnić.