24.06.2026, 06:55 ✶
- ♫ Close your eyes, hear my song
Quickly now, don't be long… ♫
Trudno było zachować łagodny, uspokajający ton pieśni, kiedy tempo wydarzeń wokoło całkiem nie pasowało do kołysanki, a w przerwach na oddech słychać było zgrzyt sunących po skale metalowych ogniw. Hannibal skupił swoją uwagę na łańcuchu, próbując przewidzieć jego kolejne ruchy. Intencja lśniącego runami żelastwa była dość jasna, zwłaszcza po jego poprzednim ataku.
Tym, który uprzedziły Anna i jej uwięzione siostry.
Tym, który udaremniły Anna i jej uwięzione siostry.
Rzucił szybkie spojrzenie w stronę donny Anny. Przypadek? Był jeden sposób, by się przekonać…
Spokojnie, by nie zaburzyć sobie potrzebnego do śpiewania oddechu, wciąż obserwując przeklęty łańcuch, dał jeden, a potem drugi krok w zasięg Anny. Jak do tego doszło, że lśniące śluzem macki zaczęły wydawać mu się lepszą opcją?
Nie wiedział.
Donna Anna i wszystkie jej rybne przydatki były jak pijana tancerka - zwinne, ale nieobliczalne, zawsze w ruchu, potencjalnie niebezpieczne. Nieskoordynowane ruchy, bezwładność, ostre paznokcie gotowe podczas piruetu niechcący rozorać twarz nieszczęśnika, który akurat znalazł się zbyt blisko, Hannibal znał to wszystko, nieraz lądował dzięki komuś takiemu na tyłku na brudnej podłodze klubu, sam podpity i chwiejny. Czymże był dodatek paru ogonów i łusek i odrobiny śmiertelnego zagrożenia?
Ale magiczne okowy spajały je w całość i obawiał się, że jeżeli da się mu pochwycić, ucierpi znacznie więcej, niż tylko jego godność.
Nie miał pojęcia, co dzieje się z resztą towarzystwa, bo zwyczajnie bał się spuścić z oka wyciągające się w jego stronę macki i czyniący zakusy na jego ciało łańcuch. Niedoczekanie twoje, pomyślał, nie wiadomo, w stronę tego pieprzonego żelastwa, czy jeszcze bardziej pieprzonego, a może właśnie niedopchniętego Leonarda, jak się wydawało, reżysera pokręconego spektaklu, w jakim się wszyscy mimowolnie znaleźli. W duchu dziękował instruktorom z teatru, którzy zmuszali go do jednoczesnego śpiewu i ruchu, koordynacja, koncentracja, kontrola, i jeszcze bezlitosnej Lauretcie, która na próbach do “Ekstazy” zafundowała mu takie kardio, że co prawda ledwo potem łaził, ale na pewno poprawił swoją kondycję.
- ♫ Come to me, come to me, come to me… ♫ - śpiewał, gorączkowo starając się wpaść na jakiś sposób opanowania czyhającego na niego lassa. Różdżka w dłoni była całkowicie bezużyteczna, dopóki nie mógł wypowiedzieć słów zaklęcia. Otwarcie pojawiło się dopiero, kiedy przebrzmiały ostatnie słowa zwrotki. Hannibal podejrzewał, że syreny za chwilę podejmą pieśń na nowo. Zanim to się jednak stało, na końcówce tego samego oddechu, na którym wyśpiewał ostatnie słowa, rzucił zaklęcie w stronę łańcucha.
//Przewagi: cały czas Występy i Muzyka
Quickly now, don't be long… ♫
Trudno było zachować łagodny, uspokajający ton pieśni, kiedy tempo wydarzeń wokoło całkiem nie pasowało do kołysanki, a w przerwach na oddech słychać było zgrzyt sunących po skale metalowych ogniw. Hannibal skupił swoją uwagę na łańcuchu, próbując przewidzieć jego kolejne ruchy. Intencja lśniącego runami żelastwa była dość jasna, zwłaszcza po jego poprzednim ataku.
Tym, który uprzedziły Anna i jej uwięzione siostry.
Tym, który udaremniły Anna i jej uwięzione siostry.
Rzucił szybkie spojrzenie w stronę donny Anny. Przypadek? Był jeden sposób, by się przekonać…
Spokojnie, by nie zaburzyć sobie potrzebnego do śpiewania oddechu, wciąż obserwując przeklęty łańcuch, dał jeden, a potem drugi krok w zasięg Anny. Jak do tego doszło, że lśniące śluzem macki zaczęły wydawać mu się lepszą opcją?
Nie wiedział.
Donna Anna i wszystkie jej rybne przydatki były jak pijana tancerka - zwinne, ale nieobliczalne, zawsze w ruchu, potencjalnie niebezpieczne. Nieskoordynowane ruchy, bezwładność, ostre paznokcie gotowe podczas piruetu niechcący rozorać twarz nieszczęśnika, który akurat znalazł się zbyt blisko, Hannibal znał to wszystko, nieraz lądował dzięki komuś takiemu na tyłku na brudnej podłodze klubu, sam podpity i chwiejny. Czymże był dodatek paru ogonów i łusek i odrobiny śmiertelnego zagrożenia?
Ale magiczne okowy spajały je w całość i obawiał się, że jeżeli da się mu pochwycić, ucierpi znacznie więcej, niż tylko jego godność.
Nie miał pojęcia, co dzieje się z resztą towarzystwa, bo zwyczajnie bał się spuścić z oka wyciągające się w jego stronę macki i czyniący zakusy na jego ciało łańcuch. Niedoczekanie twoje, pomyślał, nie wiadomo, w stronę tego pieprzonego żelastwa, czy jeszcze bardziej pieprzonego, a może właśnie niedopchniętego Leonarda, jak się wydawało, reżysera pokręconego spektaklu, w jakim się wszyscy mimowolnie znaleźli. W duchu dziękował instruktorom z teatru, którzy zmuszali go do jednoczesnego śpiewu i ruchu, koordynacja, koncentracja, kontrola, i jeszcze bezlitosnej Lauretcie, która na próbach do “Ekstazy” zafundowała mu takie kardio, że co prawda ledwo potem łaził, ale na pewno poprawił swoją kondycję.
- ♫ Come to me, come to me, come to me… ♫ - śpiewał, gorączkowo starając się wpaść na jakiś sposób opanowania czyhającego na niego lassa. Różdżka w dłoni była całkowicie bezużyteczna, dopóki nie mógł wypowiedzieć słów zaklęcia. Otwarcie pojawiło się dopiero, kiedy przebrzmiały ostatnie słowa zwrotki. Hannibal podejrzewał, że syreny za chwilę podejmą pieśń na nowo. Zanim to się jednak stało, na końcówce tego samego oddechu, na którym wyśpiewał ostatnie słowa, rzucił zaklęcie w stronę łańcucha.
Aktywność fizyczna - unikam łańcucha i macek
Rzut PO 1d100 - 43
Sukces!
Sukces!
Kształtowanie - chcę wyczarować ciężki głaz z płaskim dołem, który przygniecie i unieruchomi zaklęty łańcuch
Rzut Z 1d100 - 25
Akcja nieudana
Akcja nieudana
//Przewagi: cały czas Występy i Muzyka