• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
1 2 3 4 5 … 17 Dalej »
[18.07.1959] Igrając z ogniem

[18.07.1959] Igrając z ogniem
szamanka
Kochajcie mnie, kochajcie, wy
—
 gęstwy zieleni
I wy, senne gromady powikłanych cieni
wiek
33
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
zielarka, twórczyni eliksirów i sztuki w drewnie
Tchnie czymś dzikim, nosi na sobie okruchy lasu: czasem we włosy zaplącze się uschnięta gałązka, czasem w materiał szaty wczepią nasiona czy wkleją niteczki pajęczyn, a czasem sama czarownica dokłada intencjonalnie atrybuty natury: ozdoby z ptasich piór, polnych kwiatów czy zwierzęcych kłów. Ciągnie się za nią woń suszonych ziół i palonych kadzideł. Kobieta szczupła i przeciętnego wzrostu (164 cm), niebieskie oczy. Długie blond włosy o średnim skręcie, rzadko ułożone i wystylizowane, zwykle znajdzie się wśród nich kołtun. Spódnice szat Helloise są długie i mają głębokie kieszenie, w których zawsze znajdzie się nieco ziarna dla ptaków. Lubi mięsiste tkaniny, warstwy, ubrania swobodnie płynące za sylwetką, nie boi się wzorów ani koloru, choć wybiera głównie barwy głębokie i niezbyt nasycone lub bliskie ziemi: zielenie, brązy, zgaszone pomarańcze. Stawia przede wszystkim na praktyczność: materiały solidne, które posłużą długie lata i nie zaszkodzi im praca w ogrodzie. Zamiast sakwy często nosi pas na wzór dawnych châtelaine, do którego na skórzanych rzemykach przymocowane są drobne przedmioty: różdżka, futeralik z nożem, woreczek soli czy miniaturowe buteleczki eliksirów, w tym zawsze jedna z solami trzeźwiącymi. Helloise nie nosi klasycznej biżuterii. Posiada jedynie ozdoby z drewnianych koralików i elementów zwierzęcych.

Helloise Rowle
#4
24.06.2026, 15:07  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 24.06.2026, 15:51 przez Helloise Rowle.)  
Ona nigdy by się z Jimem nie zamieniła na bycie osieroconym dzieckiem. Wolała być samotna i pogardzona niż pozbawiona ojca i matki. Nieważne, jak słodką bywała religijna komunia z Boginią-Matką czy Matką Maryją, gdy Helloise zwijała się w kłębek smutków, chciała do mamy — do swojej mamy. Wymieniała z nią listy, widywała ją przy świątecznym stole. Nie wymieniłaby tego za najliczniejszą przyszywaną rodzinę.
Wszyscy jesteśmy dziećmi bożymi — lecz niektórzy stworzeni zostali ulubieńcami Matki.
Jim był jednym z pierwszych pytań, w których Matka Natura rzucała młodej, uczącej się rozumieć świat czarownicy nierozwiązywalne filozoficzne wyzwanie. Jim był jednocześnie wybranym i nieczystym. Jak Helloise miała pomieścić ten paradoks wewnątrz swojej wiary? Pobłogosławiono mu w łonie matki poprzez złożenie w nim surowego żywiołu. Wybrano go, lecz wybrano spośród mugoli.
Być może otrzymanie płomienia magii nieprzeznaczonego swemu gatunkowi było nagrodą; wyróżnieniem, które powinno się szczególnie cenić. Czarownica przeżyła moment fascynacji tą ideą. Helloise kochała ogień. Jim umiał poprawić jej humor, był dla niej dobry i wcale nie głupi. Może otrzymał od losu szansę, aby być jednym z nich? W cierpliwych tłumaczeniach i koleżeńskich teologicznych sporach próbowała delikatnie wyrwać z niego to, co chrześcijańskie i mugolskie. Chciała przeobrazić to dziecko z obcego plemienia w kogoś, kogo jej bracia widzieliby jako podobnego im. Chciała, żeby mówił, jak oni, myślał, jak oni, wierzył, jak oni. Może on nie musiał podróżować z mugolackim cyrkiem wystawiony na wieczną szykanę. Mogliby być z Jimem przyjaciółmi z jej marzenia.
W pewnym momencie spojrzała na niego i na swoje starania, i uświadomiła sobie smutno, dlaczego tacy jak Jim nie siadają z Rowle'ami do jednego stołu. On nie chciał opuścić mugolskiego bożka i nie potrafił patrzeć na świat tak, jak ona patrzyła. Z przerażającą konsekwencją jego bóg prowadził go w słabość: oto w herezji chrystusowej dobrymi byli poniżeni, biedni, bezsilni, chorzy, nienasyceni, cierpiący, nadstawiający drugi policzek, umartwieni. Kłamstwo tego boga przewracało porządek świata, odsuwając istotę ludzką od wszystkiego, co mogło być w niej piękne: potęgi, szlachetności, siły. Zupełne przewartościowanie ideału. Helloise nie rozumiała, dlaczego Jim wciąż motał się w swojej wielkiej, wielkiej winie i żalu za grzechy, podczas gdy ona od swoich grzechów odsuwała się wyniośle każdego dnia.
Popełniła błąd, została ukarana, nie zmierzała przyjmować więcej batów niż to konieczne — dlatego trwała w skromnej chacie pod lasem, nie w pałacu, gdzie jej próbowano wtłoczyć skruchę i posłuszeństwo.
Jim sam siebie mienił grzesznikiem.
Dzięki Jimowi Helloise zrozumiała, dlaczego czarodzieje jak jej ojciec nie chcieli do swoich dzieci dopuszczać ludzi szerzących te mugolskie idee niewolnicze. Jim nie był złym człowiekiem, nigdy nim nie pogardzała, nie nienawidziła go — ale zrozumiała. Jej bogowie domagali się, aby ich otaczali czcią ludzie mocni i wielcy, nie grzeszny paproch wyznający własną nędzę.
Wszyscy jesteśmy dziećmi bożymi — Helloise potrafiła uwielbiać każde stworzenie będące dziełem Matki. Spędzili z Jimem wiele radosnych dni. Upierała się, żeby poparzonym dłoniom maściami przynosić ulgę. Dawała mu do rozgrzania swoje skostniałe palce podczas zimowych spacerów. Zafascynowana patrzyła, jak w jego gardle nieosłoniętym łuskami rodzi się ogień. Sypały się z niego iskry, a ona za ogniem codziennie tęskniła. Lubiła Jima.
— To tylko oleje eteryczne — rzuciła tamtego lipcowego popołudnia z pozbawionym protekcjonalności, szczerym uśmiechem na lśniącej od potu, zarumienionej wysiłkiem i upałem twarzy, na której odznaczał się spalony słońcem czubek nosa. — Wydziela ich mnóstwo, gdy jest gorąco. Oleje palą się na powierzchni rośliny, ale nie robią jej krzywdy.
Suche trawy zaszeleściły pod bosymi stopami, gdy czarownica obeszła dyptam i stanęła za krzewem, górując nad ciemnozielonymi liśćmi, aby znaleźć się naprzeciw klęczącego Jima zapatrzonego w to zjawisko. Płomień dotarł do kwiatu i zgasł.
— Zwykle nie zapala się sam. Musiał złapać twoją iskrę. Wygląda na to, że to ty jesteś płomieniem boga, którego szukasz. — W jej oczach to Jim był gorejącym krzewem, nie samosiejka spod lasu. On był źródłem ognia, roślina ten ogień jedynie od niego pożyczyła. Helloise ujęła różową główkę kwiatu między dwa palce i spuściła na delikatne płateczki wzrok, gdy myśli jej znów powędrowały ku smutnej refleksji. Jim jak zawsze szukał źródła boskości w czymś na zewnątrz. Poniżał się przed krzewem, któremu sam dał płomień. — Możesz zrobić mu to jeszcze raz — zaproponowała Helloise.


dotknij trawy
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Helloise Rowle (1566), Jim (1321)




Wiadomości w tym wątku
[18.07.1959] Igrając z ogniem - przez Jim - 27.12.2025, 22:55
RE: [18.07.1959] Igrając z ogniem - przez Helloise Rowle - 28.12.2025, 18:29
RE: [18.07.1959] Igrając z ogniem - przez Jim - 11.04.2026, 19:22
RE: [18.07.1959] Igrając z ogniem - przez Helloise Rowle - 24.06.2026, 15:07

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa