25.06.2026, 15:54 ✶
Tego dnia Dora musiała bardzo pilnować koszyka na grzyby Woody’ego i regularnie wyciągać z niego trujące okazy. Czarodziej się zarzekał, że z niego grzybiarz pierwsza klasa — tak samo zresztą jak wędkarz czy kierowca — lecz dziwnym trafem mu się parę razy pomyliło (no, kurka, zorientował by się przecież w domu, spokojna głowa).
— My znowu w lesie — zauważył błyskotliwie Woody, stając u boku Dory nad kępą tych dziwnych leśnych roślin, za którymi to się tyle ulatali takiego zimnego dzionka.
Tarp nawet nie próbował dopytywać, co też będą z tegoż kwiatu pichcić. Z góry wiedział, że nie zapamięta.
Otrzepał niedbale ze swojego polaru zdechłe liście i uschnięte patyczki… był prawie pewny, że chodziło po nim jakieś robactwo, a pajęczyny będzie wyciągał z nosa do jutra. Gdy się schylał nad ziółkami, żeby je dla Crawley powyciągać z ziemi, z płytkiej kieszeni zarzuconego na polar bezrękawnika sterczała majestatycznie różdżka — aż się prosiła, żeby wypaść i zostać zagubioną wśród tysięcy patyków tworzących leśną ściółkę. Nie wypadła. Oczywiście trochę się przy zbiorach czarodziej poparzył, ale słowem się nie zająknął, bo trzeba być twardym. Przecież prawie nic nie poczuł.
— Wezmę, a jasne. Lewis ogłupieje, jak tyle mu przyniosę. Tu grzybki, tu bulwy. Na pewno będzie wiedział, co tam z tego zorganizować. — Zdawszy grzybki, Woody oparł się dupą o pień złamanego drzewa i wyszarpał z głębokiej kieszeni luźnych roboczych spodni niewielki termosik pełen gorącej herbaty. Październikowy chłód zaczynał dawać w kość. — Wystarczy tyle, co jest, czy jeszcze nam trzeba? — zapytał, zerkając na koszyczek panienki Dory.
— My znowu w lesie — zauważył błyskotliwie Woody, stając u boku Dory nad kępą tych dziwnych leśnych roślin, za którymi to się tyle ulatali takiego zimnego dzionka.
Tarp nawet nie próbował dopytywać, co też będą z tegoż kwiatu pichcić. Z góry wiedział, że nie zapamięta.
Otrzepał niedbale ze swojego polaru zdechłe liście i uschnięte patyczki… był prawie pewny, że chodziło po nim jakieś robactwo, a pajęczyny będzie wyciągał z nosa do jutra. Gdy się schylał nad ziółkami, żeby je dla Crawley powyciągać z ziemi, z płytkiej kieszeni zarzuconego na polar bezrękawnika sterczała majestatycznie różdżka — aż się prosiła, żeby wypaść i zostać zagubioną wśród tysięcy patyków tworzących leśną ściółkę. Nie wypadła. Oczywiście trochę się przy zbiorach czarodziej poparzył, ale słowem się nie zająknął, bo trzeba być twardym. Przecież prawie nic nie poczuł.
— Wezmę, a jasne. Lewis ogłupieje, jak tyle mu przyniosę. Tu grzybki, tu bulwy. Na pewno będzie wiedział, co tam z tego zorganizować. — Zdawszy grzybki, Woody oparł się dupą o pień złamanego drzewa i wyszarpał z głębokiej kieszeni luźnych roboczych spodni niewielki termosik pełen gorącej herbaty. Październikowy chłód zaczynał dawać w kość. — Wystarczy tyle, co jest, czy jeszcze nam trzeba? — zapytał, zerkając na koszyczek panienki Dory.
piw0 to moje paliwo