Póki co, to nie mieli między sobą takiej rozmowy od serca, w której odsłoniliby się przed tym drugim bardziej. Cała ich relacje była delikatna niczym najcieńsza porcelana, wystarczyło mocniej ścisnąć i mogliby zbierać strzępy, okruchy. Jasne, dałoby się taką filiżankę posklejać do kupy, ale byłaby już inna. Naprawiana. Więc Victoria nie wiedziała, co działo się w sercu i głowie Sauriela. Nie wiedziała też, że przyniosła do jego życia światło i ukojenie. Nie wiedziała, że je potrzebował. Ale tak, jak ona oddziaływała na niego, tak on działał na nią. Myślała o nim, uwzględniała go w swoich dniach i napiętym grafiku – teraz nawet chętnie, a nie jak za karę.
- Tak, tak – powtórzyła do niego, zupełnie nieświadoma, że ten strach na niego działał, że go pobudzał. Strach, który nie był wcale wymierzony w niego i nie był z Saurielem zupełnie związany. Przecież gdyby tak, to nie szukałaby u niego, zupełnie podświadomie, wsparcia i oparcia w swoim lęku zupełnie irracjonalnym. A na pewno irracjonalnym dla wyszkolonej w zaklęciach wiedźmy.
Nie zatrzymała go, kiedy wyszedł w deszcz. Nie chciała psuć momentu, w którym Sauriel miał całkiem uroczy pokaż opiekuńczości tym, że przecież mogłaby im bez problemu wyczarować parasol, i że nie musiał… zamiast tego poszedł, a do niej faktycznie wracały kolory. Nawet się do niego uśmiechnęła lekko, kiedy wrócił, mówiąc że zostali zaproszeni do środka. I już wstała, wysiadła ze środka, chowając się pod parasolką, która trzymał przemoczony Sauriel, i wtedy pomyślała o ich abraksanie.
- Chodź, jak nie znajdzie się dla ciebie żaden daszek to ci wyczaruje jakąś suchą budkę – budkę, stajenkę, daszek, zwał jak zwał. Victoria była autorem, nie budowlańcem i nie bardzo wiedziała jak to w ogóle nazwać. Więc i abraksan, niepocieszony i mokry, poszedł za Victorią, ciągnąć powóz i ostatecznie w taki czy inny sposób Lestrange odczepiła go od balastu i pozwoliła mu się gdzieś schować, a nawet osuszyła go zaklęciem. Jego i otoczenie wokół niego.
I padało coraz mocniej. Nawet parasol zdał się tylko na osłonięcie przez moment, bo zaczęło zacinać pod kątem i zaraz buty, spodnie i w ogóle wszystko było na Victorii mokre. I taka właśnie przemoczona do suchej nitki weszła do starego dworku, poprowadzona doń przez Sauriela.
- Dobry wieczór. Bardzo dziękujemy za gościnę – wymamrotała po czym westchnęła i po prostu skierowała na siebie koniec różdżki, by się wysuszyć. I Sauriela zresztą również.
- Herbata już gotowa, chodźcie – odezwała się śliczna blondyneczka, która pojawiła się w korytarzu i nawet puściła zalotnie oko do Sauriela.