25.06.2026, 20:45 ✶
Chociaż nie bał się odrobinę pogrozić, w rzeczywistości Dægberht nie gryzł. Nie dlatego, że się wyprał z emocji – gniewał się tak samo, jak gniewała się większość ludzi – po prostu nie był kimś zepsutym, ani nie objawiał złości w sposób, który nawarstwiałby innych w strach i obawy. Nie nosił przecież ze sobą miecza, tylko pióro i opowieści – liczył na to, iż postrzega się go jako kogoś o usposobieniu obiektywnie dobrym. Nie skrzywdził nigdy nikogo bez powodu i nie zamierzał tego zmieniać. Nie tracił więc nadziei, że jego wybuch zostanie uznany za stanowczość, a nie za przejaw nieuzasadnionej agresji. Zwłaszcza po tym, jak Eugene momentalnie się ze swoich karygodnych słów wycofał.
– Przyjmuję te przeprosiny – oświadczył, lekko poprzestając na zadzieraniu nosa.
Przestał krzyżować ręce, wsparł się na moment o framugę drzwi i poprawił włosy, zanim je wiatr zmiecie. Był jeszcze częściowo skąpany w świetle poranka, ale wtem zrobił krok w przód – i znalazł się we wnętrzu wozu testującego swoje szczęście Bella, uważnie badając spojrzeniem wyraz jego twarzy. To w nim właśnie doszukiwał się odpowiedzi, czy nie popełnił błędu wchodząc tu nieroztropnie, nie poświęcając większej uwagi ewentualnym pułapkom czającym się w zacienionych kątach jednoizbowego… mieszkania? Bo wóz był mieszkaniem, tak…?
– Dziękuję, Eugene – odparł, wyciągając rękę w kierunku kubka z naparem. Głos miał taki, jaki ukradkiem chciał wtrącić pomiędzy wiersze „o ile w ogóle nazywasz się Eugene”, ale po samej minie widać było, że żarty sobie stroił. Nie zaciągnął się za to zapachem naparu, nie zajrzał też do środka, żeby ocenić kształt zalanych wrzątkiem liści. Czuł jednak aromat, który podświadomie zaczął powiązywać w głowie z bezpieczeństwem. Dopiero wtedy pozwolił sobie na głębsze, organoleptyczne zanurzenie się w tym, co zostało mu podane. Zakładał, że po wcześniejszym, ostrożnym podejściu, Bell nie zdziwi się wielce badaniem przez niego tego, co zostało mu przekazane. Nie wydał się mimo wszystko w tym, że potrafił rozpoznać skład tego co trzymał po zapachu. – Skorośmy się w szkole spotkali, ciężko mi uwierzyć w to, iż udało ci się ominąć wiedzę o wierze w Rogatego Boga i Panią Księżyca. Czy Bellowie nie występują podczas sabatów?
@The Hollow
– Przyjmuję te przeprosiny – oświadczył, lekko poprzestając na zadzieraniu nosa.
Przestał krzyżować ręce, wsparł się na moment o framugę drzwi i poprawił włosy, zanim je wiatr zmiecie. Był jeszcze częściowo skąpany w świetle poranka, ale wtem zrobił krok w przód – i znalazł się we wnętrzu wozu testującego swoje szczęście Bella, uważnie badając spojrzeniem wyraz jego twarzy. To w nim właśnie doszukiwał się odpowiedzi, czy nie popełnił błędu wchodząc tu nieroztropnie, nie poświęcając większej uwagi ewentualnym pułapkom czającym się w zacienionych kątach jednoizbowego… mieszkania? Bo wóz był mieszkaniem, tak…?
– Dziękuję, Eugene – odparł, wyciągając rękę w kierunku kubka z naparem. Głos miał taki, jaki ukradkiem chciał wtrącić pomiędzy wiersze „o ile w ogóle nazywasz się Eugene”, ale po samej minie widać było, że żarty sobie stroił. Nie zaciągnął się za to zapachem naparu, nie zajrzał też do środka, żeby ocenić kształt zalanych wrzątkiem liści. Czuł jednak aromat, który podświadomie zaczął powiązywać w głowie z bezpieczeństwem. Dopiero wtedy pozwolił sobie na głębsze, organoleptyczne zanurzenie się w tym, co zostało mu podane. Zakładał, że po wcześniejszym, ostrożnym podejściu, Bell nie zdziwi się wielce badaniem przez niego tego, co zostało mu przekazane. Nie wydał się mimo wszystko w tym, że potrafił rozpoznać skład tego co trzymał po zapachu. – Skorośmy się w szkole spotkali, ciężko mi uwierzyć w to, iż udało ci się ominąć wiedzę o wierze w Rogatego Boga i Panią Księżyca. Czy Bellowie nie występują podczas sabatów?
@The Hollow
Matka nadała mi takie imię,
żeby poprawnie wymawiały je tylko drzewa i wiatr
żeby poprawnie wymawiały je tylko drzewa i wiatr