25.06.2026, 23:23 ✶
Podstawą każdego dobrego interesu jest kłamstwo. Drobne druczki, chwytanie za słówka, półprawdy, manipulacja — wszystko to świetne narzędzia. Najwytrawniejsi gracze zaś kłamią w żywe oczy. Tak po prostu: to świeczka z Lammas, którą przygotował parę dni wcześniej pan Othello Fawley. Drobnym druczkiem, widzicie?
Ten czwartkowy wieczór w Rejwachu był dobry jak każdy inny, a przez to się rozumie, że pełen zwyczajowego tałatajstwa, wybornej selekcji hałasów oraz dusznej atmosfery przesyconej smrodem. Stołek barowy, który wybrał sobie Zachary, nieco się kolebał, mimo że zatknięty był pod jego wadliwą nóżkę odpowiednio poskładany list gończy wystawiony za Umbrielem Degenhardtem. Dobrze czarnoksiężnikowi pasowała drewniana nóżka do nosa.
Pan Tarpaulin jak zawsze obsługiwał obrotnie i tak, że każdego zagadał. Oj, jak on lubiał zagadać, gdy widział mordę znaną na Nokturnie i pojawiała się okazja usłyszeć, co w trawie piszczy. Dostało się więc Zachowi powitanie jak zawsze: może nie za bardzo poufałe, ale z dowcipem i luźną zaczepką, która miała go skłonić, żeby coś tam zaczął gadać. Upragnionego cienkiego piwka oczywiście też nie zabrakło.
Gdy padło pytanie o świecę, gospodarz był akurat wygodnie przy innych zajęciach na barze. Rzucił Burke’owi chytrze zawyżoną cenę, niby zupełnie bezwiednie, jakby nie myślał o tym ani sekundy. Z tą wstępną ofertą na moment zostawił potencjalnego kupca. Skupił się z powrotem na nalewaku, już obsługiwał kolejnego klienta, już się zdawało, że zginie temat w codziennym wieczornym zamęcie, lecz nie — klient odszedł ze swoim trunkiem, a barczysty barman niby przemyślał sprawę, stanął przed Zacharym i wziął się pod boki.
— Ale dla pana to po znajomości mniej będzie. My są sąsiedzi, to na sąsiedzkich zasadach trzeba bić interes, prawda? Prawda — zachęcił, po czym wymienił cenę niższą. Gdzieś na cienkiej granicy rozsądku… jeśli przedmiot by był autentyczny. — Czyli byłeś pan tam, jak się tłukli, hę?
Ten czwartkowy wieczór w Rejwachu był dobry jak każdy inny, a przez to się rozumie, że pełen zwyczajowego tałatajstwa, wybornej selekcji hałasów oraz dusznej atmosfery przesyconej smrodem. Stołek barowy, który wybrał sobie Zachary, nieco się kolebał, mimo że zatknięty był pod jego wadliwą nóżkę odpowiednio poskładany list gończy wystawiony za Umbrielem Degenhardtem. Dobrze czarnoksiężnikowi pasowała drewniana nóżka do nosa.
Pan Tarpaulin jak zawsze obsługiwał obrotnie i tak, że każdego zagadał. Oj, jak on lubiał zagadać, gdy widział mordę znaną na Nokturnie i pojawiała się okazja usłyszeć, co w trawie piszczy. Dostało się więc Zachowi powitanie jak zawsze: może nie za bardzo poufałe, ale z dowcipem i luźną zaczepką, która miała go skłonić, żeby coś tam zaczął gadać. Upragnionego cienkiego piwka oczywiście też nie zabrakło.
Gdy padło pytanie o świecę, gospodarz był akurat wygodnie przy innych zajęciach na barze. Rzucił Burke’owi chytrze zawyżoną cenę, niby zupełnie bezwiednie, jakby nie myślał o tym ani sekundy. Z tą wstępną ofertą na moment zostawił potencjalnego kupca. Skupił się z powrotem na nalewaku, już obsługiwał kolejnego klienta, już się zdawało, że zginie temat w codziennym wieczornym zamęcie, lecz nie — klient odszedł ze swoim trunkiem, a barczysty barman niby przemyślał sprawę, stanął przed Zacharym i wziął się pod boki.
— Ale dla pana to po znajomości mniej będzie. My są sąsiedzi, to na sąsiedzkich zasadach trzeba bić interes, prawda? Prawda — zachęcił, po czym wymienił cenę niższą. Gdzieś na cienkiej granicy rozsądku… jeśli przedmiot by był autentyczny. — Czyli byłeś pan tam, jak się tłukli, hę?
piw0 to moje paliwo