29.06.2026, 13:59 ✶
Gdy ostatnie ogniwa pękniętego runicznego łańcucha z głośnym brzękiem opadły na kamienną podłogę, na twarzy Ceolsige wykwitł drapieżny, triumfalny uśmiech. Łańcuch poddał się jej kierowanym przez Peregrinusa działaniom. Triumf trwał jednak zaledwie ułamek sekundy. Zanim zdążyła nabrać tchu, sufit jaskini obwieścił swoje niezadowolenie z ich ingerencji.
Uśmiech Ceolsige zgasł, gwałtownie zastąpiony grymasem bólu, kiedy kawałki skały uderzyły o trzymaną przez nią tarczę. Wstrząs, mimo amortyzacji tarczy, przeszedł przez jej ciało. W błękitnych oczach stanęły łzy. Jęknęła cicho, niemal padając na kolana pod impetem uderzeń, ale utrzymała pozycję, tworząc prowizoryczny, metalowy daszek nad sobą i Peregrinusem.
Słysząc słowa Hestii przebijające się przez huk, szybko obejrzała się na wróżbitę. Szybko obiegła wzrokiem jego sylwetkę, wypatrując oznak ruchu.
— Na nogi, do wyjścia! — wysyczała przez zaciśnięte zęby, a jej zachrypnięty głos ledwo przedarł się przez narastający huk walącego się sufitu. Jeżeli mogła, pomogła mu wstać gestem różdżki i odrobiną translokacji.
Licząc, że ruszy z nią, poderwała się do kulejącego, nierównego biegu w stronę korytarza wyjściowego. Każdy krok przypominał o niedawnych obrażeniach. Uszkodzone boki rwały przy każdym głębszym oddechu, a lewa ręka, kurczowo trzymająca tarczę, powoli drętwiała z wysiłku. Mimo to nie odrzuciła osłony. Parła naprzód, trzymając tarczę uniesioną pod kątem, by odbijać mniejsze odłamki lecące z góry.
W prawej dłoni wciąż jednak ściskała berberysową różdżkę. Uciekając, raz po raz oglądała się przez ramię, kontrolując pozycję reszty grupy. Ceolsige zaczęła agresywnie, krótkimi machnięciami nadgarstka tkać magię translokacji. Planowała odpychać z drogi uciekających spadające odłamki skalne lub torować im drogę przez gruz. W najgorszym wypadku zatrzymałaby się w wejściu do groty i szarpnęła magią za pozostających w tyle.
Uśmiech Ceolsige zgasł, gwałtownie zastąpiony grymasem bólu, kiedy kawałki skały uderzyły o trzymaną przez nią tarczę. Wstrząs, mimo amortyzacji tarczy, przeszedł przez jej ciało. W błękitnych oczach stanęły łzy. Jęknęła cicho, niemal padając na kolana pod impetem uderzeń, ale utrzymała pozycję, tworząc prowizoryczny, metalowy daszek nad sobą i Peregrinusem.
Słysząc słowa Hestii przebijające się przez huk, szybko obejrzała się na wróżbitę. Szybko obiegła wzrokiem jego sylwetkę, wypatrując oznak ruchu.
— Na nogi, do wyjścia! — wysyczała przez zaciśnięte zęby, a jej zachrypnięty głos ledwo przedarł się przez narastający huk walącego się sufitu. Jeżeli mogła, pomogła mu wstać gestem różdżki i odrobiną translokacji.
Licząc, że ruszy z nią, poderwała się do kulejącego, nierównego biegu w stronę korytarza wyjściowego. Każdy krok przypominał o niedawnych obrażeniach. Uszkodzone boki rwały przy każdym głębszym oddechu, a lewa ręka, kurczowo trzymająca tarczę, powoli drętwiała z wysiłku. Mimo to nie odrzuciła osłony. Parła naprzód, trzymając tarczę uniesioną pod kątem, by odbijać mniejsze odłamki lecące z góry.
W prawej dłoni wciąż jednak ściskała berberysową różdżkę. Uciekając, raz po raz oglądała się przez ramię, kontrolując pozycję reszty grupy. Ceolsige zaczęła agresywnie, krótkimi machnięciami nadgarstka tkać magię translokacji. Planowała odpychać z drogi uciekających spadające odłamki skalne lub torować im drogę przez gruz. W najgorszym wypadku zatrzymałaby się w wejściu do groty i szarpnęła magią za pozostających w tyle.