30.06.2026, 22:40 ✶
Manifestowany przez Hannibala głaz nie pojawił się, ale czarodziej nie miał czasu rozważyć swojej porażki. Zdążył jedynie zarejestrować zmianę w wypełniającej pieczarę muzyce, przemianę pieśni w ogłupiającą kakofonię i skrzywić się, co to za wycie, na zakrwawione gacie Merlina? Na chwilę oderwało to jego uwagę od łańcucha (czy on przestał świecić?), odruchowo odwrócił się, by spojrzeć na donnę Annę…
Nie zdążył nawet osłonić twarzy ramieniem ani ochronić oczu przed koszmarnym widokiem eksplodującego stwora.
E k s p l o d u j ą c e g o .
NA NIEGO.
Zamarł na sekundę z czystego szoku. Był blisko, zbyt blisko na komfort, na jakikolwiek unik. Tkanka, rybia, ludzka, potworna, oryginalnie może i ciepła, ale obrzydliwie szybko stygnąca w chłodnym powietrzu jaskini, ochlapała go od stóp do głów. Poczuł coś słonego i metalicznego, nieswojego w ustach, i nawet jego bogata wyobraźnia, zasilana równie bogatymi doświadczeniami, nie wystarczyła, by przekonać go, że to nie jest to, co jest.
Nałykał się przeklętej juchy z nekromantycznej syreny.
Hannibal Selwyn zgiął się wpół i zwymiotował sobie pod nogi, a potem zachwiał się i upadł na kolana. Do wsiąkających w jego spodnie wydzielin dołączyły na wpół strawione resztki kolacji. Na widok tego, co pokrywało podłogę, jego własne, oparte na niej dłonie i różdżkę, szarpnęło nim raz jeszcze, tym razem sucho i boleśnie, wyciskając z mężczyzny rozpaczliwy jęk. Zacisnął powieki, czując uciekające spod nich łzy.
Dźwięki pomału wracały, ale umysł jakby za nimi nie nadążał. Syreni śpiew ustał. Za to ktoś krzyczał, podłoga drżała, coś łupnęło tuż obok, miłosiernie suche pac, pac na twarzy i plecach. Hannibal mimo woli otworzył oczy i z pewnym zaskoczeniem stwierdził, że jego zaklęcie musiało zadziałać z opóźnieniem, bo oto zmaterializował się jego głaz, chociaż nie do końca w takim kształcie, jak-
- Ochhh… o…
- podłoga nadal drżała i ktoś nadal krzyczał -
- O kurr…
Druga fala rzeczywistości dołączyła do pierwszej i dała mu adrenalinowego kopa w tyłek, którego potrzebował, by otrząsnąć się z powymiotnego letargu. Rozpieprzyli potwora, łańcuch i najwyraźniej całą te pierdoloną jaskinię razem z nimi, bo z sufitu leciało coraz więcej dużych i małych odłamków! Sapnął przez zdarte gardło i zerwał się do biegu. Prawie wpadł na usiłująca nieść bezwładne kobiece ciało - czy to była Anna? - Hestię i zarzucił sobie jedno ramię ofiary na szyję.
- Dawaj ją i spieprzamy! - wychrypiał, przejmując pół ciężaru od brygadzistki.
Panika i osłabienie walczyły o kontrolę nad jego ciałem, przypływ sił do ucieczki równie prawdopodobny, jak kolejna fala mdłości. Ubranie, mokre i zimne, oblepiało skórę i przesiąkało. Ślizgał się - usilnie starał się nie myśleć, na czym. Coś spłynęło mu z włosów do oka, zatoczył się i niemal wpakował całą ich trójkę w ścianę, ale przynajmniej miał się teraz o co podpierać. Parł naprzód, frustrująco chwiejnie, przerażająco powoli, mając nadzieję, że żadne z nich nie oberwie w głowę odłamkiem i że Hestia, w odróżnieniu od niego nie oślepiona nekromantycznymi flakami, skieruje ich do wyjścia.
//Zawada: lęk przed pobieraniem krwi - Hannibal rzyga na widok flaków, czy to się liczy?
Nie zdążył nawet osłonić twarzy ramieniem ani ochronić oczu przed koszmarnym widokiem eksplodującego stwora.
E k s p l o d u j ą c e g o .
NA NIEGO.
Zamarł na sekundę z czystego szoku. Był blisko, zbyt blisko na komfort, na jakikolwiek unik. Tkanka, rybia, ludzka, potworna, oryginalnie może i ciepła, ale obrzydliwie szybko stygnąca w chłodnym powietrzu jaskini, ochlapała go od stóp do głów. Poczuł coś słonego i metalicznego, nieswojego w ustach, i nawet jego bogata wyobraźnia, zasilana równie bogatymi doświadczeniami, nie wystarczyła, by przekonać go, że to nie jest to, co jest.
Nałykał się przeklętej juchy z nekromantycznej syreny.
Hannibal Selwyn zgiął się wpół i zwymiotował sobie pod nogi, a potem zachwiał się i upadł na kolana. Do wsiąkających w jego spodnie wydzielin dołączyły na wpół strawione resztki kolacji. Na widok tego, co pokrywało podłogę, jego własne, oparte na niej dłonie i różdżkę, szarpnęło nim raz jeszcze, tym razem sucho i boleśnie, wyciskając z mężczyzny rozpaczliwy jęk. Zacisnął powieki, czując uciekające spod nich łzy.
Dźwięki pomału wracały, ale umysł jakby za nimi nie nadążał. Syreni śpiew ustał. Za to ktoś krzyczał, podłoga drżała, coś łupnęło tuż obok, miłosiernie suche pac, pac na twarzy i plecach. Hannibal mimo woli otworzył oczy i z pewnym zaskoczeniem stwierdził, że jego zaklęcie musiało zadziałać z opóźnieniem, bo oto zmaterializował się jego głaz, chociaż nie do końca w takim kształcie, jak-
- Ochhh… o…
- podłoga nadal drżała i ktoś nadal krzyczał -
- O kurr…
Druga fala rzeczywistości dołączyła do pierwszej i dała mu adrenalinowego kopa w tyłek, którego potrzebował, by otrząsnąć się z powymiotnego letargu. Rozpieprzyli potwora, łańcuch i najwyraźniej całą te pierdoloną jaskinię razem z nimi, bo z sufitu leciało coraz więcej dużych i małych odłamków! Sapnął przez zdarte gardło i zerwał się do biegu. Prawie wpadł na usiłująca nieść bezwładne kobiece ciało - czy to była Anna? - Hestię i zarzucił sobie jedno ramię ofiary na szyję.
- Dawaj ją i spieprzamy! - wychrypiał, przejmując pół ciężaru od brygadzistki.
Panika i osłabienie walczyły o kontrolę nad jego ciałem, przypływ sił do ucieczki równie prawdopodobny, jak kolejna fala mdłości. Ubranie, mokre i zimne, oblepiało skórę i przesiąkało. Ślizgał się - usilnie starał się nie myśleć, na czym. Coś spłynęło mu z włosów do oka, zatoczył się i niemal wpakował całą ich trójkę w ścianę, ale przynajmniej miał się teraz o co podpierać. Parł naprzód, frustrująco chwiejnie, przerażająco powoli, mając nadzieję, że żadne z nich nie oberwie w głowę odłamkiem i że Hestia, w odróżnieniu od niego nie oślepiona nekromantycznymi flakami, skieruje ich do wyjścia.
Aktywność fizyczna - uciekam i po drodze pomagam Hestii
Rzut PO 1d100 - 16
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Aktywność fizyczna raz jeszcze na to samo - jestem za młody, żeby umierać!
Rzut PO 1d100 - 84
Sukces!
Sukces!
//Zawada: lęk przed pobieraniem krwi - Hannibal rzyga na widok flaków, czy to się liczy?