Żałoba. Nie tylko on ją w sobie nosił. W sercu i na zewnątrz. Ale także była ona widoczna u Sophie. Oboje najbardziej przeżyli śmierć Roberta. Pozbierać się po tym, nie było łatwo. I nadal nie jest.
Słyszał przyspieszone kroki, schodzącej ze schodów szybko dziewczyny. Odwrócił się w jej kierunku, kiedy pojawiła w salonie, reagując na jej zawołanie. Jej uśmiech, odwzajemnił swoim dość lekkim. Nie ukrywał, że cieszy się widząc ją w miarę dobrym stanie na pierwszy rzut oka. Objął ją wolną ręką, kiedy się wspięła na palcach, aby go ucałować w policzek. Pozwolił na to.
- Również cieszę się na Twój widok.Odparł zgodnie z prawdą. Pozwolił się po chwili zaprowadzić do stolika, zajmując wolne miejsce, odkładając aktówkę z dokumentami na blacie stolika. Równo, obok siebie. Pozwolił w tym czasie Sophie wydać polecenia Selar, aby przygotowała im coś do picia. Od razu Richard po prosił o kawę i popielniczkę. Bo możliwe, że będzie chciał zapalić. Nie uwolni się od własnego nałogu nikotynowego.
- Sophie…
Zaczął, ale bratanica mu nagle przerwała. Od razu przechodząc do tematu sprawy, w jakiej mógł przyjść. Nie od tego chciał zacząć ich rozmowę. Ale zamknął usta i słuchał jej. Splatając ze sobą dłonie przed sobą, ułożywszy je na blacie stolika.
Nie chciała tej kamienicy. Nie chciała rodzinnego domu dla siebie, w którym się urodziła i wychowywała. W którym większość czasu wychowywał ją Robert. Richard nie chciał jej na mawiać. I tak wedle woli brata, miał w niej mieszkać, nawet jeżeli przeszłaby w ręce Sophie po jej ślubie. Jej jednak wystarczał ten dom. W większości obcy, ale i bezpieczny. Z dala od Anglii pogrążonej w wojnie. Tak może było najlepiej.
”… dziadek niesprawiedliwie Cię potraktował." – gdy to usłyszał, odwrócił wzrok gdzieś w przestrzeń ściany, regałów, może nawet okna. Ojciec nigdy nie traktował go sprawiedliwie. Nigdy nie akceptował jego własnych wyborów. Akceptował tylko to, co Richard zrobił z jego polecenia. Musiało być tak, jak on chciał. Francis był surowym rodzicem. On sam też nie był dobrym synem. Stawiał na swoim. Mimo trudów, osiągnął swój cel. Ale teraz, bez Roberta, nic nie miało znaczenia. Nie chciało się żyć.
Kamienica przypominała jej o ojcu.
A czy Richard, nie przypominał jej ojca za każdym razem?
Zapytałby ją. Lecz może znał odpowiedź. Golił się, zaczął chodzić w golfie. Nie mówiąc już o barwach żałoby. Nie robił tego specjalnie, nie zamierzał Sophie zastępować ojca. Ani też nim być. Po prostu, jego więź z bratem była tak silna, że potrzebował czuć do dalej w sobie.
- Jesteśmy rodziną. Musimy sobie pomagać.Odparł po chwili. Samemu walcząc z emocjami. Aż wtedy pojawiła się Selar, stawiając wszystko na blacie stolika, co kazała jej przynieść Sophie.
- Namawiać cię nie będę. Jeżeli tutaj czujesz się bezpieczna. Może to nawet lepiej.
Stwierdził, rozejrzawszy się po wnętrzu, wzrokiem lustrując pobieżnie wygląd salonu. Była z dala od tego, co działo się w samym Londynie. A ich kamienica, choć przetrwała ataki ognia, to jednak nie uchroniła się przed klątwą.
Przysunął aktówkę do siebie. Otworzył ją, przeglądając dokumenty. Wyjął ten, który był przygotowany do podpisania dla Sophie. Zrzekający się prawd do ich kamienicy, mimo woli zmarłego jej ojca, zawartej w testamencie. Całkowite pozostawienie budynku pod pieczą i zarządzaniem Richarda. Podejrzewał jednak, że jego chłopcy też tej kamienicy nie będą chcieli. Tego jednak Sophie nie mówił.
Dokumenty przysunął. Były już podpisane przez urzędnika oraz Richarda. Pozostawało uzyskać podpis Sophie.
- Tak jak rozmawialiśmy ostatnio. Załatwiłem dokumenty. Jeżeli podpiszesz, kamienica zostanie w pełni moja. Tobie zostanie ten Dom.To była ostateczna chwila. Ostateczna decyzja Sophie. Wiedział, że utrzymywanie dwóch budynków nie jest proste. Doskonale ją rozumiał.
Dając jej chwilę na przeczytanie pisma, wyjął swoją papierośnicę. Otworzył wyjmując z niej papierosa i zapalniczkę. Zapalił sobie zaciągając się dymem. Poczuł się od razu lepiej. Nikotyna działała na niego uspokajająco.